czwartek, 23 marca 2017

Miłość do pizzy, książkowe szaleństwo, chorowanie, Oscary i stres – luty w pigułce #2

Mój Braciszek stwierdził niedawno, że podsumowanie roku powinnam umieszczać we wrześniu. Podsumowanie poprzedniego roku oczywiście. Narzucanie sobie czegokolwiek nigdy nie było moim ulubionym zajęciem, a plany... cóż. Życie weryfikuje codziennie. Cofnijmy się na parę minut do lutego.
                   




Studia, studia, studia przebojów

Skończyłam semestr. Niby nic, ale przygód było tyle, że w pewnym momencie naprawdę nie wierzyłam, że to się uda. Za dużo nerwów, za dużo zachodu. Wyniosłam z tego tyle, że przez chwilę stałam się specem od dziedzictwa kulturowego, aukcji dzieł sztuki i kilku innych rzeczy. Może kiedyś mi się to przyda? Nie mam pojęcia, cieszę się, że mam to za sobą.

Żeby było jeszcze łatwiej większość lutego przechorowałam. Nauka z gorączką i innymi fajnymi objawami okazała sie być jeszcze bardziej fascynująca, niż normalnie. Pozdrawiam i polecam.

Nie wiedzieć czemu, każde wyjście na uczelnie umilał mi fragment Dziadów
zemsta, zemsta, zemsta na wroga,
Z Bogiem i choćby mimo Boga!




Może Mickiewicz chciał mnie podtrzymać na duchu? (hłehłehłe) Albo po prostu włączył mi się syndrom z liceum – często przed sprawdzianami śpiewaliśmy ten fragment. Taak...

A trochę bardziej świadomie (albo podświadomie) moją piosenką przewodnią było Keep Yourself Alive Queen. Kwintesencja lutego.




Miłości nie ma, jest pizza

Luty taki piękny, luty taki romantyczny. Oczywiście, nie w moim przypadku, ale załóżmy, że pizza i śmieciowe jedzenie jest czymś romantycznym, wtedy tak – luty był taki maksymalnie. Niestety mojemu ciału chyba nie za bardzo odpowiada ten rodzaj miłości... Czas się ruszyć, bo sezon festiwalowy się zacznie, a (tymczasowo) kondycji brak. Nieładnie, nieładnie...

Ostatnio dużo myślę o relacjach międzyludzkich i mam same gorzkie wnioski. Zdarzają się jednak takie momenty, że widzę światełko w tunelu. Co z tego, że przeżywam je ze swoimi największymi (i zarazem ulubionymi) hejterami, którymi są niezrównoważeni psychicznie – Braciszek i Kuzyn. Dobrze, że jesteście.



Powroty 2016

W zeszłorocznym podsumowaniu pominęłam dwie rzeczy. Szkoda, więc nadrabiam.

Miniserial 22.11.63 na podstawie książki Dallas’63 Stephena Kinga, czyli opowieść o tym, co by było, gdyby zmienić historię i spróbować nie dopuścić do zabójstwa Kennedy’ego. Podróże w czasie i King – dwie rzeczy, którym mówię: tak. No i miniserial zawsze spoko, więc tak, tak, tak!



Gra The Wolf Among Us – przygodówka wskaż i kliknij, czyli mój ulubiony sposób na popełnianie błędów. Historia o mrocznym życiu bohaterów różnych baśni. Komiksowy klimat, wciągająca fabuła i genialny główny bohater. Gra z 2013 roku, która kończy się tak, że chciałoby się dowiedzieć, co dalej. A drugiej części jak nie było, tak nie ma. Nie rozumiem, dlaczego tworzenie gier trwa tak długo. Czekam, czekam.




Odkrycia

W lutym ciągle było mi choro i zimno, więc w ramach terapii rozgrzewającej (a może to tylko jeden z objawów herbatoholizmu?) przywlokłam z Biedronki stos herbatek Green Hills. Piję je nałogowo, inni domownicy też korzystają, więc trochę statystyk – najszybciej zniknęła malinowa z kardamonem (najbardziej tradycyjny smak), sporo ubyło tej z chilli, z Braciszkiem zużyliśmy różano-zieloną, ja ostatnio zapijam się w miodowej (chociaż jest orzeźwiająca, nie rozgrzewająca). Nie wiem, o co chodzi, ale smaki dostępne w sklepach ciągle się zmieniają i trudno trafić na te sprawdzone. Staram się nie przyzwyczajać.



Nowy (kwartalnik?) G’rls room – girl power, feminizm i takie tam. Długo zastanawiałam się czy to kupić, bo jednak format malutki, 70 stron to znowu nie tak dużo, a 9 zł to sporo. Ale ciekawość zwyciężyła. Przeczytałam magazyn w całości i ogólnie jest dobrze – pomysł i realizacja w porządku, fajna oprawa graficzna, sporo interesujących wywiadów. Tylko, że nie wyniosłam z tej lektury zbyt wiele nowego. Zastanawiałam się – może to magazyn dla młodszych dziewczyn? Chociaż, nie sądzę, że takie było założenie. Może nie potrzebuję takiej „dziewczyńskości” w tym momencie? Polecam sprawdzić na sobie. Wydaje mi się, że G’rls room ma reprezentować ‘dobry feminizm’ (wiecie, w opozycji do tego, który najczęściej pokazują media) i chwała redakcji za to, ale... Nie przepadam za kategoryzacją poglądów, każdy ma jakie ma, po co wkładać to w ramki i taka typowa ‘dziewczyńska’ gadanina powoli mnie męczy. Podkreślam – szerzenie akceptacji siebie, swojej płci i wszystkiego, co się z tym wiąże jest potrzebne (nie tylko u kobiet), ale denerwuje mnie schematy – blogi, artykuły czy cokolwiek związane z promowaniem pozytywnej kobiecości, brzmią bardzo podobnie i w większości to strasznie puste gadanie. Tu jest o tyle dobrze, że pojawiają się konkretne osoby, opowiadające o swoich działaniach. Koniec dygresji, trzymam kciuki za rozwój gazetki. Być może jeszcze po nią sięgnę.




Kulturka tak bardzo

Muzycznie... pustka. Przez większość czasu moje uszy cierpiały tak bardzo, że izolowałam się od dźwięków(uroków chorowania ciąg dalszy...).

Pod wpływem gali Bestsellery Empiku zaczęłam przeglądać Oficjalną Listę Sprzedaży płyt w PolsceTo, co kupowali Polacy w ciągu ostatnich kilkunastu lat, jest mocno zastanawiające. Za cholerę nie mogę znaleźć tam żadnych zależności. Nasz naród lubi wszystko – od Ich Troje, przez Arkę Noego po Adel.

Przesłuchałam zeszłorocznego zwycięzcę – płytę Życie po śmierci O.S.T.R. – rozumiem, że facet miał pecha i ma potrzebę opowiadania o tym (ok, pech to złe słowo, jeśli masz w dupie swoje zdrowie i bez przerwy eksperymentujesz z używkami), ale fenomenu tego albumu nie mogę zrozumieć. Nie odpowiada mi, ani tekstowo ani muzycznie. Z trudem dotrwałam do końca i wątpię, że będę chciała to powtórzyć. Krytycy i fani się zachwycają, ja się nie utożsamiam.

Teraz chwila na zwierzenia – mam słabość do Katy Perry (ale ciii, to tajemnica). Nowa piosenka szybko weszła mi w głowę, ale bardziej zafascynował mnie teledysk (ten w pierwszej wersji z chomikiem). Sentymenty się włączyły, bo trochę chomików w moim dzieciństwie było... Na fali wspomnień postanowiliśmy z Michałem poszukać odcinków animacji Hamtaro i zupełnie przypadkiem trafiliśmy na coś innego. Nie pamiętam tytułu (i nie chcę) znaleźliśmy inną japońską animację, też z chomikiem, tyle, że maltretowanym przez właścicielkę. Przemoc, seks i zoofilia – ludzie nie przestaną mnie zaskakiwać, a Japończycy w szczególności. Zawsze przeczuwałam, że zagłębianie się w świat anime może okazać się... ryzykowne.



Książki, książki i więcej książek. Trochę w lutym przeczytałam, o czym w jednym zostatnich wpisów. Czasami mam wyrzuty, że za dużo czytam (serio!), ale jakiś czas temu przeczytałam (tak...), że czytanie działa na inne obszary mózgu, niż np. oglądanie filmów albo chodzenie do teatru. Co jakiś czas trafiam na dyskusje z cyklu – książki mogą być, ale z innych dziedzin sztuki można wynieść tyle samo, albo więcej. Fakt, jeśli wziąć pod uwagę tylko wartości intelektualne, jest to prawda. Ale podczas czytania nasze mózgi działają w zupełnie inny sposób. I tak, przeczytanie nawet najgorszej powieści, instrukcji obsługi, czegokolwiek, przynosi naszemu umysłowi korzyści zdrowotne, pozytywnie wpływa na pamięć i opóźnia starzenie. Same dobre rzeczy! Nigdy nie czułam się tak usprawiedliwiona. A jeśli to czytacie, możecie mi podziękować, że tyle napisałam. Zapewniam Wam idealny trening.

Niestety, sporo też kupiłam. Nie znalazłam jeszcze nic o pozytywnym wpływie kupowania książek, ale to na pewno kwestia czasu.  Jak na razie mój mikroskopijny pokój coraz bardziej się kurczy, ale za to jest przytulny. I zakurzony.

And the Oscar goes to...

Nie byłam przygotowana na tegoroczne Oscary. Niewiele obejrzałam, nie miałam czasu przeanalizować nominacji i wyjątkowo nie czułam entuzjazmu przed galą. No ale przecież musiałam obejrzeć rozdanie. Zanim zapomnę – dziękuję Izabelli za tradycyjne dzielenie się wrażeniami przez smsy całą noc. W końcu dostaniemy swój program i będziemy oficjalnie komentować. Albo zobaczymy rozdanie na żywo. Albo jedno i drugie.


Jeszcze długo przed Oscarami stworzyłam wpis, który się nie ukazał (i nie ukaże) o filmie La la land. Streszczając – doceniam jego poszczególne elementy, jest bardzo dobrze zrobiony, nieźle zagrany i obiektywnie dobry, ale... zupełnie do mnie nie trafił. Tego nie lubię najbardziej – obojętności na to, co odbieram. Rozumowo doceniam w nim technikę i wszystko inne, ale na poziomie emocji – chłód totalny. Byłam zawiedziona, bo lubię historie o marzeniach i miłości, i raczej powiedziałabym, że jestem przewrażliwiona na punkcie tych wątków, a tu nic. Zejdą się? Spoko. Nie zejdą? Trudno. Osiągną, to czego chcieli? Ok. Nie osiągną? Nie ma tragedii. Straszne... Coś w twórczości tego reżysera działa na mnie właśnie tak, bo dokładnie w taki sam sposób odebrałam Whiplash – teoretycznie powinien być to ‘mój’ film, w praktyce mnie rozczarował. Chciałabym dotrzeć do tego, dlaczego te produkcje na mnie nie działają.

Wracając do Oscarów – cieszę się, że mimo całego cyrku z kopertami, La la land nie wygrał (w moim odczuciu i tak otrzymał za dużo statuetek). Do Moonlight też nie jestem w pełni przekonana, ale powiedzmy, że może nagroda pomoże w czymś grupom, których film dotyczył.  

Przyznaję, że nie miałam faworytów, nic nie zachwyciło mnie na tyle, żeby nie wiadomo jak się ekscytować. Chyba najbardziej przekonał mnie film Manchester by the Sea. Powolna akcja, ciekawa fabuła, dobrze wykreowane postaci i ogólna atmosfera, która do mnie przemówiła. Dobry film.

Nowy początek też zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. I poruszył w nieoczywisty sposób. Bardzo polecam dokument Życie Animowane – w jaki sposób Disney może pomóc osobie z autyzmem. W sumie o każdym z filmów, które widziałam mogłabym napisać coś dobrego, ale to nie podsumowanie Oscarów, więc nie przedłużam. Jeszcze tylko dodam, że z animowanych krótkich metraży bardzo spodobał mi się film Pearl – nie ze względu na innowacyjną technologię, ale klimat całości, idealnie trafiający do mojej wrażliwości. No i Zwierzogród został najlepszą animacją pełnometrażową – nie mogło być inaczej.


Tymczasem w świecie seriali...

Jestem totalnie oczarowana nową produkcją HBO – miniserialem Wielkie Kłamstewka. Kupili mnie już czołówką, potem było tylko lepiej. Pierwszy raz żałuję, że serial będzie miał tylko siedem odcinków. No i od niepamiętnych czasów tak bardzo się w coś wciągnęłam, gdybym mogła, obejrzałabym całość ciurkiem, na szczęście jednak muszę dozować tę przyjemność. Z rozpędu (oczywiście) kupiłam książkę, ale czekam, aż obejrzę całość, bo nie chcę sobie psuć finału. Więcej napiszę w następnym podsumowaniu, albo w oddzielnym wpisie, bo UWIELBIAM TEN SERIAL.




Blog

Znów odpuściłam blog, chociaż nie beż powodu. Już nic nie planuję, życie i tak wszystko weryfikuje, nie ma co się spinać niepotrzebnie. Trochę jednak napisałam, część się ukazała, część się nie ukaże. Miał pojawić się nietypowy wpis przed urodzinowy z nieistotnymi faktami o mnie. Super mi się go pisało, były to naprawdę pierdoły, ale mimo wszystko nie chcę tego puszczać w świat. I tak z bloga można dowiedzieć się o mnie sporo (a jak się czyta między wierszami, to jeszcze więcej), a mimo wszystko mam granice prywatności, których nie chcę przekraczać (nawet, jeśli są nieistotne).

Wciąż zastanawiam się po, co mi ta cała publiczna pisanina. I przez większość nie wiem, bo publikowanie rodzi u mnie zwykle frustracje. Ale są takie momenty, że autentycznie czymś kogoś zainteresuję, albo mam okazję skonfrontować swoją opinię z czyjąś, i wtedy wiem, że było warto. Nawet dla jednej osoby. Aż dla jednej osoby.


Ostatnio na blogu







Marzec trwa i nie jest dobrym miesiącem. Poprzednie były, z różnych względów, trudne, liczyłam na pozytywną zmianę klimatu, a jest coraz gorzej. Jak tak dalej pójdzie ten kwartał przejdzie do najtrudniejszych w ogóle. Ale cóż, trzeba szukać pozytywów. A ponieważ podsumowania mi w tym pomagają, możecie spodziewać się ich również w kolejnych miesiącach. Do następnego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz