środa, 22 marca 2017

José González & The String Theory – muzyczne impresje w Teatrze Szekspirowskim

José González po raz drugi, The String Theory po raz pierwszy. Jak było? O tym za chwilę. Tradycyjnie zacznę od kontekstu.



Miało mnie nie być na tym koncercie. Bardzo chciałam iść, ale wypadał idealnie w środku sesji, więc postanowiłam dać sobie spokój. Wybierali się za to moi rodzice, bo w ramach prezentu świątecznego daliśmy im z Braciszkiem bilety (przeżycia i wspomnienia to najlepsze prezenty – polecam). Dzień przed koncertem kupiłam bilet sobie – egzaminy ułożyły się tak, że udało mi się wyrwać.

Teatr Szekspirowski – zderzenie pierwsze. Do tej pory nie miałam okazji zobaczyć gdańskiego teatru od środka, a już od dawna byłam ciekawa, jak w rzeczywistości wygląda. Zanim udało nam się wejść, powitała nas dłuuuuuuuuga kolejka. Chociaż kurczyła się dość szybko, wielki minus dla organizatorów – na dworze było naprawdę mroźno i czekanie na wejście okazało się bardzo słabą opcją.



Weszliśmy. Wnętrze niespecjalnie kojarzyło mi się z teatrem. Z jednej strony stało stoisko z gadżetami, z drugiej z jedzeniem, dalej z piciem... trochę targowa atmosfera. Kolejna kontrola biletów i sala główna. Też specyficzna. Wiem, że teatr inspirowany Szekspirem ma własną specyfikę i wygląda inaczej  niż to, z czym teatr kojarzy się większości z nas, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Ok, jeśli chodzi o miejsca stojące, (na koncercie) było w porządku, ale myślę, że widzowie siedzący na balkonach mogli mieć problem z odbiorem występu. Jestem bardzo ciekawa, jak taki układ funkcjonuje na spektaklach teatralnych, muszę koniecznie sprawdzić. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, możecie zobaczyć zdjęcia na stronie teatru. 

Dwa słowa o publiczności. Było różnorodnie i pod względem wieku  (chociaż, wydaje mi się, że średnia byłaby raczej wyższa, niż niższa) i narodowości. Pojawiło się sporo hipsteriady (a myślałam, że gatunek wymiera) w przeważającej liczbie chłopców w grubych swetrach, z gęstymi futrami na twarzach. [W tym miejscu miał pojawić się sarkastyczny fragment o niektórych współczesnych mężczyznach, ale lepiej będzie, jak się nie ukaże].


Ludzie się gromadzili, koncert opóźniał, zaczynało nam się dłużyć. Dwie dziewczyny zawzięcie o czymś dyskutowały, jedna z nich mówiła bardzo głośno, starając się przyciągnąć nie wiadomo czyją uwagę, para w pobliżu udawała, że rozmawia o czymś szalenie interesującym, ale ewidentnie przyszli na koncert w ramach gry wstępnej (mam szczęście do wyłapywania w tłumie takich osób, na pewno nie spodziewali się, że zostaną bohaterami czyjegoś tekstu), ostatecznie spróbowałam skoncentrować się na rozmowie obcokrajowców, którzy stali za mną, ale niewiele to dało. Dłużyło mi się okropnie i myślałam, że koncert nigdy się nie zacznie.

Bardzo lubię muzykę, którą tworzy José González, ale szczerze mówiąc, nigdy nie traktowałam jej zbyt poważnie. Znam jego płyty, ale poza kilkoma charakterystycznymi kompozycjami, piosenki zlewają się ze sobą. Utwór, który przyniósł jemu popularność to cover, więc trochę słabo. Najczęściej włączam płyty José, kiedy potrzebuję czegoś niezobowiązującego w tle. Nie była to nigdy, w moim odczuciu, muzyka wymagająca stuprocentowej koncentracji. Ale (!).




Mój stosunek do muzyki José zmienił się po koncercie na Open’erze dwa lata temu. Warunki, co prawda, nie sprzyjały, bo był środek dnia, a występ nie trwał zbyt długo, ale ta atmosfera, którą udało się wówczas zbudować muzykom... magia.

Po tamtym koncercie pomyślałam, że super byłoby zobaczyć wokalistę w innych okolicznościach i w końcu pojawiła się taka okazja. Nie wiedziałam tylko, czym jest tajemnicze The String Theory, nie miałam też okazji zainteresować się tematem, a właśnie ich obecność okazała się kluczowa dla całości występu.




Koncert się zaczął, dźwięki wypełniły salę. Podczas kilku pierwszych utworów nie miałam pojęcia, co się dzieje. Spodziewałam się niepozornego człowieka z gitarą, który potrafi czarować dźwiękami, ale to...? To była petarda. Na scenie znajdowało się ponad dwudziestu muzyków, z czego część grała na instrumentach, których nigdy wcześniej nie widziałam. Było mnóstwo smyczków, perkusja, instrumenty dęte, osoby odpowiadające za chórki... Pełnowymiarowa orkiestra. No i najważniejsze. Dyrygent. José, jak to José – siedział sobie spokojnie z gitarką, odśpiewując kolejne utwory. Był jedną z wielu części spójnej całości. Oficjalnie José miał być gwiazdą wieczoru, ale moją gwiazdą zdecydowanie był dyrygent. Co ten człowiek wyprawiał! Dyrygenci, to z definicji interesujący gatunek ludzi, którzy fascynują mnie od czasów, kiedy śpiewałam w chórze. Trzeba mieć naprawdę spory talent i umiejętności, żeby ogarnąć większą muzykującą grupę. Jedni są spięci i totalnie skoncentrowani, inni maksymalnie wyluzowani. Ten należał zdecydowanie do tych drugich. On nie dyrygował, on był muzyką. Emanował taką energią, że jego występ był zupełnie osobnym show. Serio, nie miałabym nic przeciwko, żeby patrzeć na jego wyczyny, nawet, jeśli byłby sam na scenie. Zawsze się zastanawiam czy tacy ludzie w codziennym życiu też są tak bardzo... nieokiełznani. Wow.



Wracając do meritum – muzyka studyjna José, a to, czego można doświadczyć na koncercie, to zupełnie różne bajki. Płyty są surowe, a kompozycje na żywo rozbudowane i interesujące. O ile piosenki na płytach są do siebie podobne, to na koncercie – całkowita różnorodność. Trudno zdefiniować to, co można było usłyszeć w Teatrze Szekspirowskim, ale pojawiły się inspiracje muzyką klasyczną, momentami miałam wrażenie, że słucham muzyki ilustracyjnej, wyrwanej prosto z niemego filmu, chwilami było musicalowo, rozrywkowo, bardzo eksperymentalnie (wiertarka, jako instrument zawsze spoko). Pełna gama muzycznych doznań.


Muzycy, oprócz tego, że dali z siebie naprawdę wiele, świetnie się bawili. Większość wydawała się być zupełnie wyluzowana i miałam poczucie, że po prostu cieszą się z tego, co robią.

Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć José González i The String Theory na żywo – naprawdę bardzo, bardzo polecam. W internecie znajdziecie ich występy, ale zupełnie nie oddają tego, co dzieje się faktycznie na koncertach. Polecam wszystkim ludziom kochającym muzykę, bo to totalna uczta dźwiękowa. Oni malują swoim graniem. 

A ja... oderwałam się na chwilę od spraw związanych ze studiami, ale nie na długo. Po koncercie zauważyłam w tłumie prodziekana uniwersytetu z żoną. Mam nadzieję, że koncert mu się podobał i wpłynął pozytywnie na ogarnianie spraw uniwersyteckich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz