sobota, 11 lutego 2017

Noworoczne wariactwo, lepiej późno, niż później i ogarnianie życia – styczeń w pigułce #1

Styczeń zawsze kojarzył mi się z takim miesiącem, którego nie ma. Zaczyna się rok, trzeba wrócić do obowiązków, znowu przystosować, domknąć stare sprawy… I 31 dni mijało błyskawicznie. Nie tym razem.

Czekałam na koniec stycznia, jak nigdy. Większość czasu byłam maksymalnie zestresowana i w totalnej paranoi. Słusznie, nie słusznie…. Męczy mnie to, że pewne rzeczy ciągle przede mną, losy się ważą i nie mam pojęcia, co zrobię, jeśli nie uda mi się to, co musi. Ale pewnie znów wybiegam odrobinę za daleko w przyszłość.



(Anty) towarzyskość

W ostatnich dniach miesiąca uświadomiłam sobie, że od Sylwestra z nikim się nie widziałam. Nowy Rok, zaskakująco udany, chociaż spędziłam go, trochę przez przypadek, z ekipą mojego braciszka. Granie do rana w planszówkę Party Time okazało się bardzo fajną opcją.

A potem… cóż. Pierwszą połowę stycznia nie miałam siły na żadne spotkania, w drugiej nie miałam czasu. Pewnie to nie pierwszy taki miesiąc, bo prawda jest taka, że nie potrzebuję widywać się z ludźmi bardzo często, żeby było ok, ale tym razem trochę to odczułam. Zgaduję, że przez uczelnię, bo jak się okazuje, kursowanie między trzema różnymi specjalizacjami w ramach jednego kierunku studiów, może być głupsze niż zabawa w dwa kierunki studiów na raz (na szczęście już nie praktykuję tego drugiego).

Dobrze jest

Wracając… To strasznie durne uczucie, kiedy jednego dnia spędzasz parę godzin z ludźmi na pracy w grupie, a następnego widzisz te same osoby i nikt nie odpowiada ci na głupie ‘cześć’. Robi się, delikatnie ujmując, mało sympatycznie i odechciewa przebywania na uczelni jeszcze bardziej. Gorzej, kiedy nagle potrzebujesz ich pomocy. Nie jednej osoby, ale wszystkich, a odpowiadają ci 3 z 30. Wiara w ludzi ciągle rośnie.  

Równie fajnie jest, kiedy nagle odzywa się do ciebie kilkoro znajomych, bo wszyscy na raz akurat potrzebują przysługi. To jest standard w moim przypadku i całkiem serio zaczynam się zastanawiać na specjalnym cennikiem usług, bo, jak się okazuje, mam wiele unikatowych umiejętności. Przepraszam, jeśli niechcący odbiło się to na kimś innym, ale serio… wszystko ma swoje granice.

No i tak… Znowu wyszło na to, że czasem lepiej się odciąć.

Studia

Ten punkt wolałabym przemilczeć, ale prawda jest taka, że właśnie wokół niego kręciło się prawie wszystko w styczniu. Nie wiem kiedy skończę semestr, nie wiem, kiedy skończę studia. Przede mną cudowny egzamin, którego w ogóle nie powinno być, a ja się zastanawiam po co mi to wszystko. Jak tak dalej pójdzie, to po skończeniu ostatniego semestru, będę chciała wymazać większość wspomnień z drugiego stopnia studiów. Prawdopodobnie powinnam się zatrzymać na licencjacie albo próbować studiować gdzieś indziej. Gdyby ktoś powiedział mi, że życie uczelniane na magisterce tak bardzo mnie wykończy, to bym nie uwierzyła.



Cały mój kraj zamknięty w gdyby

Znów znalazłam się w bliżej nieokreślonym punkcie, w którym jest mi źle. Stresują mnie zupełnie absurdalne sprawy, ciągle coś odwlekam, stale przed czymś uciekam. I ciągle gdybam… Gdybym wysłała maile wcześniej, teraz pewnie miałabym o wiele spokojniejszy czas i nie musiałabym przechodzić przez zupełnie niepotrzebne trudności. Lepiej późno, niż później, teraz muszę naprawiać błędy (i swoje, i systemu).

Nie poprzestaję na gdybaniu. Chyba przemyślałam już każdy etap swojego życia i zaprojektowałam tyle alternatywnych wersji wydarzeń, ile tylko się dało.

Tak, wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Wiem, że nie jestem Max z Life is Strange i nie mogę się cofać w czasie. Nie zmienia to faktu, że bym chciała. Teraźniejszość mnie męczy, przyszłość nie specjalnie widzę, czekam tylko na jakieś pojedyncze wydarzenia i tak sobie żyję od jednego do kolejnego. Kiedyś nie miałam takich problemów i teraz też wolałabym nie mieć. Zwłaszcza, że drugiego życia raczej nie dostanę.



Sprawy milsze i bardziej kulturalne

Najlepszym dniem w styczniu był zdecydowanie wyjazd na koncert Green Day. Dobrze, że wyrwałam się chociaż na kilka godzin, bo myślę, że moje styczniowe wariactwo byłoby jeszcze większe, niż było. No i (po) świąteczny Kraków. Chciałam się tam wybrać w grudniu, bo uwielbiam atmosferę w Krakowie przed świętami. Nie udało się, ale dostałam chociaż styczniową namiastkę. 


Czytanie… Nie czytałam tyle, ile chciałam, brakowało mi czasu. Zaczęłam od nieszczęsnego Roku Królika, gdzieś po drodze był Brud Piotra C. i Pałac północy Zafona. Ciągle, między innym zajęciami, podczytuje sobie drugi tom Listów Niezapomnianych – bardzo ciekawa lektura, polecam. A na co dzień towarzyszyły mi głównie teksty na zajęcia. Najfajniej było przed egzaminami, poniżej możecie podziwiać piękny stosik tekstów i notatek.

Bywało gorzej...

Stopniowo wracam do oglądania, też nie w wymarzonym wymiarze, ale zawsze coś. Oglądałam raczej lekkie i mało znaczące filmy, było jednak parę wyjątków. W końcu zobaczyłam Body/Ciało i rozczarowałam się. Szumowska robi specyficzne filmy, żaden z tych, które widziałam w pełni do mnie nie przemówił, ale i tak odebrałam je lepiej, niż ten. Przyznaję, jest dobrze zagrany i nagrany, ale cała ta historia… tworzenie wielkiej otoczki wokół niczego.


Moim filmem miesiąca są Smażone zielone pomidory. Stara produkcja, ale ma w sobie cudowne ciepło i atmosferę, którą uwielbiam. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to bardzo polecam. A jeśli widzieliście, obejrzyjcie jeszcze raz. Niedługo muszę się zabrać za książkę.


Coś najbardziej uniwersalnego – Fistaszki – wersja kinowa. Snoopy był dla mnie zawsze postacią komiksową, którą lubiłam mieć na ubraniach (miałam kiedyś takie super trampki…) i pierwszy raz zobaczyłam go w wersji żywej. To milusia animacja, dzieciaki (i nie tylko) powinny ją obejrzeć, żeby uświadomić sobie parę ważnych rzeczy. Super, super.


Muzycznie… Przesłuchałam kilku nowszych albumów, ale na razie moje opinie to bardziej pierwsze wrażenia, niż dogłębne analizy, więc się nie przywiązujcie.

W końcu zdecydowałam się wysłuchać płyty Joanne Lady Gagi. Piosenki napadały mnie wszędzie, co chwilę ktoś udostępniał jakiś utwór albo cytat, więc się poddałam. I muszę przyznać, że konfrontacja z najnowszą twórczością Lady G. była bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Płyta jest urozmaicona, przemyślana, ale też bardzo emocjonalna, przez co nie mogłam się w nią wsłuchiwać. Na pewno do niej wrócę, w lepszym czasie.


Z zeszłorocznych nowości poznałam też Youth Autorty Good Charlotte. Nic odkrywczego, ale wspomnienia z dzieciństwa, zawsze spoko.

I see you The xx. Na pierwszy rzut ucha – przekombinowane. Lubię ich surowe brzmienie z pierwszego albumu, drugi też był ok, a tutaj… Pojawiło się strasznie dużo elektroniki, nie do końca to czuję i nie do końca z tym chciałabym kojarzyć ten zespół. W zeszłym roku wybierałam się na ich koncert, chyba dobrze, że nie dotarłam. Teraz będą na Open’erze, chociaż szczerze mówiąc, nie widzę ich jako hedlinera. Ich muzyka nadaje się do grania w środku nocy, w małym klubie, niekoniecznie na dużej festiwalowej scenie. Ale co ja tam wiem, marketing ważniejszy.

Podobne wrażenie zrobił na mnie singiel Gorillaz. Za pierwszym razem nie wiedziałam, czego słucham i właściwe nadal nie wiem. Dokąd zespół zmierza nie mam pojęcia, nowa płyta pokaże.


Z nowego AFI zawsze się cieszę, chociaż to, co robili na początku działalności, a to, co robią teraz, to zupełnie różne bajki. Nie mam na razie zdania o najnowszej płycie, ale cieszę się, że jest. Ciągle liczę, że pojawią się w Polsce (Czad Festiwal???), ale wątpię, że się tego doczekam.

Najwięcej radości i oderwania od rzeczywistości dał mi Nocny Kochanek (huehue). Zdrajcy Metalu może nie dorównują poprzednikowi, ale bawią i tak. To absurdalne poczucie humoru w wielu momentach było dla mnie ratunkiem. Dziękuję panom bardzo za dawkę styczniowego optymizmu. 

  

Blog

A na koniec –  blog. Jak zauważyliście (albo nie) piszę częściej. Nie jest to jeszcze ten rodzaj regularności, który mi się marzy, ale to zawsze jakiś początek. Chciałabym w przyszłości umieszczać teksty dwa razy w tygodniu.

Problemem nie jest dla mnie pisanie, bardziej publikowanie. O ile pierwszą czynność bardzo lubię, druga ciągle wydaje mi się bez sensu. Może ktoś tam, coś tam czyta, ale rzadko to do mnie dociera, a mimo wszystko pisać do siebie, to sobie mogę… i robię to, ale nie tutaj. Dlatego w lutym chciałabym wrócić do budowania sieci czytelników. Na początku jakoś mi to szło, ale podejrzewam, że muszę zmienić taktykę i szukać ewentualnych zainteresowanych na blogach podobnych do mojego. No i zmienić w końcu nazwę, bo nieszczęsne Trójmiasto może zniechęcać potencjalnych odbiorców. Nudzi mi się gadanie do ścian.   

Styczniowo blogowo







A w lutym…

Luty trwa, miałam dużo planów i już wiem, że znacznej części z nich nie zrealizuję, chociaż większość z nich nie wymaga ruszania się z domu. Widmo niedokończonych spraw mnie prześladuje, trzymajcie kciuki, żebym nie zwariowała. Pociesza mnie fakt, że Oscary za pasem, czas się ogarnąć filmowo i ogarnąć w ogóle też by się przydało. Do następnego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz