piątek, 10 lutego 2017

Green Day w Krakowie – spełniam marzenie sprzed lat?

Gdyby ktoś 12 lat temu zabrał mnie na koncert Green Day, to umarłabym ze szczęścia. Pamiętam, że prosiłam rodziców, ale nie brali takiej opcji pod uwagę, muzycznych znajomych nie miałam, koncert przepadł. Na szczęście nie na zawsze.



Odkąd obejrzałam DVD Bullet in the Bible, zobaczenie Green Day na żywo znalazło się bardzo wysoko na liście moich nastoletnich marzeń. Myślę, że zbudowało to moje koncertowe wyobrażenia, bo nie za bardzo wiedziałam wtedy jak taki ‘prawdziwy’ duży koncert wygląda. Nagranie oglądałam jeszcze wiele razy, licząc na to, że zobaczę swój (wtedy) ulubiony zespół na żywo.

Lata mijały, koncertów na moim koncie przybywało, a Green Day ciągle nie mogło dołączyć do tego grona. Nie pamiętam dlaczego nie pojechałam do Łodzi w 2013. Może przez sesję, może przez średnio entuzjastyczny odbiór płyt ¡Uno!, ¡Dos!¡Tré! albo brak towarzystwa, bo samotne eskapady zaczęłam rok później.

Spiskowcy w PKP

Tym razem nie było opcji, żeby odpuścić. Bilety kupiłam jesienią (pod pretekstem prezentu urodzinowego dla braciszka). Oczywiście okazało się, że koncert wypadł w jednym z głupszych momentów na uczelni, czego strasznie żałuję. Nie mogłam w 100% się wyłączyć i przestać stresować.

Wróćmy jednak do sobotniego koncertowego poranka. Wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy. Standardowo ktoś siedział na naszych miejscach i miał pretensje, że chcemy akurat na nich usiąść (zdarza mi się to tak często, że naprawdę nie mogę zrozumieć mechanizmu myślenia ludzi bez miejscówek). Reszta podróży minęła zaskakująco spokojnie i w końcu… Kraków.

Burger King, szybki obiad i lecimy na tramwaj. Nie do końca wiem, jak to się stało, ale pojechaliśmy w złą stronę. Czas uciekał, na zobaczenie supportu nie było już szans. Po nieplanowanej wycieczce po mniej znanych zakamarkach miasta dotarliśmy (i cudem zdążyliśmy).

Frytka z edycji limitowanej i ja

Dwie negatywne rzeczy, które od razu rzuciły mi się w oczy – brak telebimów – myślałam, że to jakiś żart, bo z drugiej połowy płyty nie było widać nic. Michał jeszcze coś tam zobaczył, ja musiałam uwierzyć, że scena stoi na swoim miejscu. Druga absurdalna kwestia – temperatura. Nie przypominam sobie koncertu w pomieszczeniu, podczas którego musiałabym być w kurtce i czapce. Tu nie było innej opcji, bo chociaż nie staliśmy w miejscu, temperatura nie podskoczyła jakoś spektakularnie.

Po kilku rockowych hymnach, w tym odśpiewanym przez całą halę Bohemian Rhapsody Queen (uwielbiam takie akcje) zespół (podobno) pojawił się na scenie.

Początek był słaby, bo nagłośnienie szwankowało, ale panowie od pierwszych minut dawali z siebie 200%. Dźwięk na szczęście stawał się coraz czystszy, atmosfera bardziej rozluźniona, ale i tak cały koncert było mi przykro, że nie wiem, co dzieje się na scenie i pierwszy raz w życiu żałowałam, że nie wybrałam miejsc na trybunach. Było zmieniające się tło za sceną, były buchające ognie i inne bajery, a ja chętnie oddałabym to wszystko za jeden mały telebim. Nikt mnie niestety nie pytał o zdanie.


Pojawiło się sporo utworów z nowej płyty, ale nie zabrakło starych hitów. Jak pokazuje setlist.fm królowało American Idiot, potem Revolution Radio, Dookie i Nimrod plus pojedyncze piosenki z pozostałych albumów. Fajnie, że na scenie znalazło się też miejsce dla fanów. Longview odśpiewane przez fankę (trochę zazdroszczę, ale smutna prawda jest taka, że nie pamiętam już większości tekstów… starość). Potem gitarowe szaleństwo innego fana, który mógł sobie zatrzymać gitarę na pamiątkę. Wiem, że to stały punkt koncertów, ale ci, których to spotkało, na pewno nigdy tego nie zapomną.

Nie obyło się bez wstawek politycznych i nawiązań do Trumpa. Dobrze, niedobrze, motywy polityczne zawsze były elementem ich twórczości. Z drugiej strony – super, że krytykują rasizm czy seksizm, promowania normalności nigdy dość.



Wygląda na to, że chwyty koncertowe, zespół stosuje ciągle te same, nie wiem jak to się sprawdza, kiedy idzie się na ich koncert po raz kolejny. Nie wiedziałam wcześniej o akcjach z fanami na scenie, ale koncertowe aranżacje utworów, ten sam sposób ich odśpiewywania i układ piosenek, który przez lata niewiele się zmienił, sprawiły, że całość była przewidywalna. Czy mi to przeszkadzało? W ogóle. Dzięki temu, że kiedyś znałam Bullet in the Bible na pamięć, czułam się, jakbym po latach wróciła do domu. Nie umierałam z ekscytacji, nie zostałam nie wiadomo jak poruszona, nie wiem ile będę pamiętała z tego koncertu za kilka lat, ale czułam się na nim dobrze. Przeżyłam go z myślą – stare, dobre Green Day, cieszę się, że ciągle jesteście.

Nie umiem w selfie (lustrzanką)

Gdybym jako nastolatka miała szansę uczestniczyć w tym koncercie, na pewno znaczyłoby to dla mnie więcej. Ale cieszę się, że mogłam go zobaczyć teraz. Chociaż zobaczyć jest w tym wypadku niefortunnym określeniem – upewniłam się, że muzycy są na swoim miejscu, kiedy Michał zlitował się nade mną i użyczył miejsca na swoich barkach podczas Minority. Podejrzewam, że na scenie działo się sporo ciekawych rzeczy (youtube potwiedza).

Liczę na to, że będzie jakiś następny raz i dostanę szansę, żeby nie tylko posłuchać, ale i popatrzeć. Mimo wszytko finał był idealny – biało-czerwone konfetti z nazwą zespołu, które ciągle jeszcze znajduję w różnych miejscach, i utwór Good Riddance (Time of Your Life) odśpiewany pięknie przez całą halę. I hope you had the time of your life. Dziękuję Green Day za ważny kawałek życia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz