środa, 30 listopada 2016

Placebo - simulacrum of reality, Torwar 2016


Listopad się kończy, za chwilę grudzień, a ja ciągle siedzę w lipcu… Lato skończone, jesień prawie też i mój sezon koncertowy prawdopodobnie również. Jego małym-wielkim finałem był koncert Placebo w Warszawie. Cofnijmy się więc o parę tygodni…


Placebo od kilku dobrych lat (szybka matma – od siedmiu?!) jest w czołówce Moich Najważniejszych Zespołów. Jak było dokładnie, spróbuję opowiedzieć innym razem, powiem tylko, że strasznie broniłam się przed tą muzyczną miłością. Słuchałam obsesyjnie, poznawałam piosenki, kupowałam kolejne płyty i bardzo długo nie potrafiłam przyznać, że ich twórczość mi się podoba. Dziś totalnie tego nie rozumiem, ale tak właśnie było.

Do warszawskiego koncertu nie miałam jakiegoś ogromnego zapału, zwłaszcza, że widziałam ich występ cztery lata temu na Coke Live Music Festival (muzycznie było spoko, ale atmosfera żadna). Krótka dygresja związana z tamtym wyjazdem, na trasie Kraków-Warszawa jechałam pociągiem z (byłym już) perkusistą Placebo. Nie mam pojęcia co go skłoniło do podróży PKP, ale pewnie gdyby nie czujność D. nie zorientowałabym się, że to on. Myślałam, że to jakiś przypadkowy chłopak z fajnymi tatuażami, a tu proszę. Koniec bajki.

Długo zastanawiałam się nad tegorocznym wyjazdem, bilet kupiłam w ostatniej chwili, głównie po to, żeby nie żałować, że ominęłam dwudziestolecie zespołu. W końcu miało być inaczej, wyjątkowa trasa, bajery. No to pojechałam.

Kolejna dygresja. Podróże polską koleją są dla mnie zawsze niepowtarzalnym i wyjątkowym wydarzeniem. W tym miejscu chciałabym pozdrowić współpasażerki – panią, która traktowała swojego dwudziestoparoletniego syna jak pięciolatka i podczas jazdy obcinała i piłowała sobie paznokcie oraz drugą przeuroczą kobietę, która opowiadała tragiczną historię swojej przyjaciółki (spoiler: zakończyła się samobójstwem). Sami rozumiecie, że musiałam przerwać czytanie. Ach… O podróżach też powinien być wpis. Albo kilka.

Wymęczona dotarłam do stolicy. Po krótkiej wycieczce orientacyjnej, spacerze po Złotych Tarasach i stwierdzeniu, że wciąż nie lubię warszawiaków i Warszawy, postanowiłam poszukać Torwaru.

Dotarłam. Poszło zaskakująco sprawnie. Czas na support.

O The Mirror Trap usłyszałam dopiero przy okazji tego koncertu, przesłuchałam albumy i całkiem pozytywnie odebrałam. Ich brzmienie momentami jest bardzo zbliżone do tego, co tworzy Placebo, więc wydawali się nieźle dobrani (co niestety nie zawsze się udaje w przypadku supportów). Sam koncert okazał się jednak rozczarowaniem. Nie do końca z winy zespołu – grali energicznie, a po wokaliście widać było, że uwielbia być na scenie. Występ zepsuło fatalne nagłośnienie.




Bałam się, że z Placebo będzie podobnie, na szczęście tak się nie stało. Zawsze zastanawiam się z czego do wynika, kiedy kilka kapel występuje po sobie i każda jest inaczej nagłośniona. Wiecie może? Czasem to pewnie wina ekip technicznych, ale tym razem za oba koncerty odpowiadały te same osoby (stałam obok, widziałam). Totalnie tego nie rozumiem.

Czas na show. Budowanie napięcia zaczęło się od teledysku Every You Every Me puszczonego na telebimie (super zabieg, ale szkoda, że nie zagrali już tego utworu). I pojawili się. Trochę dziwnie, że aktualnie w oficjalnym składzie jest tylko Brian i Steve, ale ich koncertowa ekipa jest naprawdę świetnie dobrana (z Fioną i jej skrzypcami na czele).

Powiem szczerze, że ciężko było mi się wczuć w klimat. Moim zdaniem początek setlisty mógłby być lepiej ułożony, a tak miałam wrażenie, że zespół ledwo się rozkręca, tylko po to, żeby po chwili zwolnić.

Podczas Too Many Friends miała odbyć się akcja fanów z puszczaniem baniek mydlanych – z przodu podobno wyszło, w miejscu, w którym byłam tylko nieliczne osoby wiedziały o co chodzi. Szkoda, bo to zawsze jakieś urozmaicenie.

Dopiero kiedy zagrali Devil in the Details powoli zaczynałam doceniać atmosferę wieczoru. A Exit Wounds… Teraz zupełnie inaczej odbieram ten utwór.



Później nastąpił najbardziej poruszający moment, czyli Without you I’m nothing i David Bowie na wszystkich telebimach. Zawsze się zastanawiam, czy gdyby nie ten duet Placebo byłoby tu, gdzie jest dziś. Wątpię. Dziękuję panie Bowie.

A potem… Zaczęła się „wesoła” część koncertu. Po pięknej przemowie Briana poleciały same hity. Swoją drogą nie chciało mi się wierzyć w buchający z niego entuzjazm. Nie ten sam człowiek, dobrze, że mu się układa. Muzycznie rzeczywiście było zaskakująco optymistycznie, chociaż trudno mówić o utworach Placebo, jako szczególnie radosnych. Ale i tak był czad.

Chociaż setlista nie była szczególnie zaskakująca (miało być tak wyjątkowo!), a ludzie dookoła usilnie próbowali mnie zdenerwować (pan z tyłu wykrzykujący tytuły przypadkowych piosenek – nie trafił ani razu i dziewczyna z przodu, która co pewien czas dziwiła się ‘to jest ich piosekaaaa?’) nie żałuję, że przeżyłam z Placebo ich 20 urodziny. Właśnie! Zapomniałabym o Sto Lat odśpiewanym pięknie przez cały Torwar, po tym jak Brian powitał nas na urodzinach. Zespół nie ogarnął o co chodzi, ale po Happy Birthday sprawa się rozjaśniła. No i oprawa wizualna – fragmenty teledysków i archiwalnych występów… coś pięknego.



Placebo bardzo nie lubi, kiedy publiczność patrzy w ekrany, zamiast na scenę. Na początku koncertu Brian powiedział do jakiejś dziewczyny, żeby przestała nagrywać swoim Go Pro i zaczęła cieszyć się, że jest tu i teraz. Nazwał takie patrzenie w ekran simulacrum of reality. Bardzo trafiło do mnie to porównanie i zaczęłam myśleć…

Koncerty są dla mnie, może nie tyle symulakrum, co ucieczką od rzeczywistości. Coraz częściej zastanawiam się czy nie żyję trochę od koncertu do koncertu, od książki do książki, od filmu do filmu (od piątku do piątku)… Nie zupełnie tak chciałam zakończyć, ale to już rozważania na zupełnie inny czas.

Dziękuję Placebo, do zobaczenia na kolejnym koncercie.    


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz