czwartek, 27 października 2016

Dwa lata z blogiem...

…bo przecież nie dwa lata blogowania. Jak było, jak jest i jak będzie. Przed Wami kulisy.

Żartowałam. Chcę tylko tak sobie popisać, żeby poukładać parę spraw.

Luźne nawiązanie do wpisu nr 1.


Mentalnie jestem tu od czterech lat, bo chociaż blog oficjalnie powstał dwa lata temu, w głowie piszę go znacznie dłużej. Prawdę mówiąc, aktualnie znacznie częściej piszę w głowie. Czasem tego żałuję, bo odwlekam rzeczywiste pisanie, a potem moment mija i wiem, że nie ujmę w słowa wszystkiego, co bym chciała. Czasem piszę i nie publikuję, bo wychodzi zbyt osobiście albo niewystarczająco dobrze.

Odkąd pamiętam prowadziłam blogi. Pierwszy powstał pod koniec podstawówki albo na początku gimnazjum. Były to zwykle prywatne rozważania, opisy małych-wielkich dramatów, przeplatane czasem nawiązaniami do ulubionych piosenek. Oczywiście wszystko opisane tak, żeby nikt nie wiedział o co chodzi. Adresy moich blogów i tak były dostępne dla nielicznych znajomych. 

Poczytałabym to sobie kiedyś, ale chyba nic już nie zostało z tych tekstów. Może na starych dyskach? Chociaż w sieci podobno nic nie ginie…

Potem był photoblog. Zabawa zdjęciami i wpisy bardzo minimalistyczne. Photoblog przetrwał najdłużej, 2/3 liceum. Bardzo lubiłam to miejsce, nie pamiętam w jakich okolicznościach wygasło.

Przyszedł czas na stronę, na której jesteśmy aktualnie. O tym blogu myślałam naprawdę długo, ale żaden moment nie wydawał się dość dobry, żeby zacząć publikowanie. W 2013 miałam adres i szablon, ale ostatecznie nie wypaliło.

Październik 2014. Potrzebowałam zmiany, odskoczni. Czegoś swojego. Reanimacji życia. Życia bardziej. Ruszyłam z blogiem.

Paradoksalnie był to najlepszy czas blogowania. Pisałam, bo chciałam, dużo się uczyłam i tworzyłam swoją małą wirtualną przestrzeń.

Długo nikt nie wiedział o blogu,  z czasem poszerzałam grono odbiorców, ale nigdy nie chciałam udostępnić go wszystkim. Może jeszcze się to zmieni, ciągle czekam.

Liczba odsłon rosła, dowiadywałam się coraz więcej, działałam w grupach dla blogerów. Poznawałam innych blogujących, budowałam sieci kontaktów i obserwowałam jak to wszystko działa. A działało różnie. Owszem, znajdowały się jednostki, które autentycznie angażowały się w czytanie, komentowanie i podtrzymywanie międzyblogowych relacji. Jednostki. Większość osób z grup blogowych zostawiała komentarze tylko po to, żeby odbębnić obowiązek. Widać, kiedy ktoś komentuje, bez czytania, serio.

Powoli docierało do mnie, że nie zależy mi na klikalności, sztucznym napędzaniu blogowej machiny i zasięgach. Super, jeśli kogoś interesuje to, co piszę, super, jeśli zareaguje, super, kiedy mogę z kimś o tym pogadać. Ale nic na siłę.




Współczesna blogosfera, to w ogóle ciekawy twór. Blogi, które pamiętam, blogi sprzed 10 (starość!) lat, były inne. Wiem, czasy się zmieniają, technologia rozwija, ale po drodze gubi się podstawa. A podstawą w moim odczuciu powinna być treść i autentyczność. Tak, pamiętam te potworne szablony, niedopasowane czcionki i kiczowate gify. Ale było w tym coś żywego, był w tym człowiek. Nikt nie kalkulował, czy dany tekst się sprzeda. Liczyło się tworzenie.

Nie mam nic przeciwko ładnym oprawom i dbaniu o estetykę. Ale kiedy widzę kolejną wymuskaną stronkę, która, chociaż bardzo profesjonalna, wygląda, jak wszystkie inne (pozdrowienia dla darmowych banków zdjęć), i kiedy czytam o tym, jak budować markę, poszerzać grono odbiorców i stać się autorem perfekcyjnym, to uciekam.

Wiem, że mogłoby być lepiej. Mogłabym pisać więcej, wrzucać miliony linków na facebook’a, zrobić profesjonalne logo. Kreować siebie na potrzeby wielkiego świata internetowego. Wrzucać wyłącznie doskonałe zdjęcia. Zgrywać wielką blogerkę, pisaną prze ogromne B. Ale wiecie co? Mam to w dupie.

Zależy mi na przystępności bloga i miłym odbiorze, ale nie uważam, że dostosowywanie się do „wielkiego światka blogowego” cokolwiek by zmieniło. To znaczy tak, podejrzewam, że zabiłoby coś we mnie.

Niedawno chciałam wszystko rzucić w cholerę. Mam taki czas, że zupełnie nie wiem. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, czy cokolwiek z tego, co robię, ma sens. Nie mam siły o nic walczyć. Ale wiem, że gdybym dziś zamknęła blog, żałowałabym.

Lubię pisać, lubię dzielić się tym, co w jakimś stopniu uważam za wartościowe. Lubię poznawać opinie innych, zmieniać perspektywę i poszerzać horyzonty. Lubię myśleć tekstem. Lubię blogować.

Pierwsze tygodnie z blogiem uratowały mnie przed dołem, dały poczucie sensu. Każda odsłona dawała mi wiele radości. W pewnym momencie poczułam presję, że to, co robię, powinno znaczyć więcej dla innych, być czymś lepszym, czymś więcej, niż rzeczywiście jest. Dzisiaj myślę, że jeśli mój tekst przeczyta jedna osoba i znajdzie w nim coś dla siebie, to zawsze jedna więcej, niż kiedy przeczytam go tylko ja. Poza tym wszystkie moje wpisy czytają co najmniej dwie osoby, które są ze mną od początku i wiem, że będą do końca. Bardzo Wam dziękuję, to dużo dla mnie znaczy.

Zbliżając się do końca… Blog jeszcze trochę pożyje. Nie będę niczego obiecywać (komu i po co?), wątpię, że zacznę publikować regularnie. Robię to przede wszystkim dla siebie i to się liczy. Moje opinie się zmieniają, wspomniana zacierają, a tu mogę sprawdzić, jak było.

Nie jest idealnie, nie będzie. Wiem, że za często zaczynam zdania od ‘ale’ i ‘nie’. Ale mogę. Nie, nie przestanę.

Blog pokazuje kawałek mojego świata, śwata, który lubię, i który nie musi się nikomu podobać. Jeśli się podoba, to cieszę się, zostańcie na dłużej. Jeśli nie, cóż… W sieci jest tyle stron, że każdy znajdzie coś dla siebie.


Nie napisałam wszystkiego, co chciałam, nigdy mi się to nie udaje. Kończę, odpadam i pozdrawiam wszystkich blogowych ziomków. Jest szansa, że się jeszcze zobaczymy. Na przykład w kolejnym wpisie.         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz