czwartek, 15 września 2016

Dlaczego wróciłam do Straszęcina? Czad Festiwal 2016

Ciężko mi zacząć. Cały dzień czytam, zamiast pisać i nie mogę się zebrać. Ale już się ogarniam. Już, już.

Wszystko zaczęło się dawno temu, kiedy do sprzedaży weszła pierwsza pula biletów. Oczywiście nie załapaliśmy się na te najtańsze, temat umarł na jakiś czas. Line-up stopniowo się zapełniał, ja powoli traciłam ochotę na wyjazd, bo nic jakoś szczególnie mnie nie interesowało.

Bejsbol z karimaty i niebieski ogon

Zeszłoroczne wspomnienia jednak wygrały i Mój Kochany Braciszek kupił mi bilety na urodziny (i przy okazji sobie). Do wyjazdu było prawie pół roku, a po drodze miliony innych atrakcji, więc nie czekałam na Czad jakoś szczególnie. Jak zwykle czas minął za szybko i teraz… prawie odliczam do kolejnego lata.

Ostatecznie wyruszyliśmy w trójkę – z Michałem, moim młodszym bratem numer jeden, i Fugim – kuzynem, roboczo nazywanym młodszym bratem numer dwa. Nigdy nie byliśmy skazani tylko na siebie tak długo, obawiałam się ewentualnych dramatów, na szczęście (niemalże) obyło się bez ofiar.

Podróż… cóż. Prawdopodobnie tylko ja mogę zaplanować wycieczkę z Gdańska do Dębicy przez Wrocław. Bardzo fajnie to wygląda na mapie, jeszcze fajniej jest w tym uczestniczyć. Jedyne 14 godzin, nieprzespana noc i jesteśmy.

Przesiadka w Poznaniu

Wspaniałych decyzji ciąg dalszy: postanowiłam, że zgodnie z tradycją pójdziemy do Straszęcina z Dębicy pieszo. Więc poszliśmy. Słońce grzało coraz mocniej, bagaży nie ubywało, drogi też niespecjalnie. Ktoś zaczął na nas trąbić. Uczynny straszęcinianin postanowił podwieźć nas na teren festiwalu. Jak się okazało robi tak co roku, jego synowie też jeżdżą na takie imprezy, a on chętnie pomaga innym. Cud.

Organizacja nie poprawiła się od zeszłego roku, niektóre rzeczy rozwiązane były słabiej niż poprzednio. Wejście na pole namiotowe znacznie dalej, niż ostatnio, nakaz noszenia opasek na prawym nadgarstku (totalny absurd), zakaz wnoszenia napojów (co z tego, że oficjalny regulamin mówił inaczej) i ciągłe kontrole. Mnóstwo drobnych rzeczy, które utrudniają życie. Na szczęście nie było to nic wielkiego, chociaż jak sobie czytam komentarze niektórych, to mam wrażenie, że przeszli tam piekło. Nie chce mi się wierzyć w niektóre rzeczy i tak sobie myślę, że każdy ma trochę swój własny festiwal.

Zwiedzamy Dębicę

Sąsiedzi udali się nam po raz kolejny. Co prawda nie mam pojęcia jak wyglądali, ale słuchałam ich nocami i o porankach, a ich teksty zostaną ze mną na długo. Cytować nie będę, bo bez kontekstu to nie to samo. Jako sąsiada mieliśmy też Kapitana – festiwalową gwiazdę i jego ekipę. Jeśli byliście, to nie wierzę, że nie wiecie o kogo chodzi.

Szkoda, że przenieśli strefę relaksu i kino. Punkty gastronomiczne były chyba trochę lepsze, ich umiejscowienie też nie najgorsze. Tylko jakoś tak smutno, że teren Czadu się kurczy, a sama impreza nie rozwija się w lepszym kierunku. Drodzy organizatorzy, wciąż kupa roboty przed Wami.

Tegoroczny program nie powalał, odbiło się to też niestety na frekwencji – nawet połowa pola namiotowego nie była zapełniona. Nie chodzi nawet o to, że zespoły były słabsze, niż rok temu, to już kwestia gustu, ale zabrakło jednak czegoś, co przyciągnęłoby naprawdę dużo osób. Z i tak kameralnego festiwalu, zrobił się jeszcze bardziej kameralny.                        

W Straszęcinie jest upalnie, w Straszęcinie jest zabawnie, w Straszęcinie jest błogo. No i bardzo, bardzo, bardzo dobrze muzycznie. A to jest przecież podstawą udanego festiwalu.

Ok, nie znałam znacznej części zespołów. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać po większości kapel. I bardzo dobrze. Serio, polecam takie eksperymenty. Jestem otwarta na muzykę, ale takie koncerty w ciemno, otwierają jeszcze bardziej. A brak oczekiwań równa się brak rozczarowań. Chyba, że pozytywnych. Mam też złą wiadomość – byłam na wszystkich koncertach, nie wszystkich w całości, ale będzie przynajmniej jedno zdanie o każdym. Możecie parzyć herbatę.

Hejka


DZIEŃ 1

Zaczęło się z przytupem. Russkaja dała idealną porcję energii na początek dnia i festiwalu. Nie mogło być lepiej, ale szkoda, że zespół nie grał na głównej scenie, o innej godzinie. Był to, moim zdaniem, najlepszy koncert tego dnia, a podejrzewam, że wiele osób go nie zobaczyło. Enter Shikari był kolejnym mocnym punktem dnia, ale też miałam poczucie, że to trochę nie to miejsce i czas. Atmosfera iście open’erowa. Damian Syjonfam – moja wakacyjna reggae miłość. Jego piosenki weszły mi głowę przez woodstockowych sąsiadów, którzy zapętali jego płytę. Na co dzień nie słucham takiej muzyki, ale koncert zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Z resztą  reggae ma w sobie coś takiego, że jest się upalonym od samego słuchania. Zwłaszcza na żywo. Dzień reggae trwał w najlepsze Dub Inc i Anthony B. dali przyzwoite koncerty, chociaż zagraniczne teksty nie trafiały do nas tak bardzo i powoli zaczynaliśmy mieć przesyt specyficznego klimatu. Sporym rozczarowaniem (miało nie być rozczarowań, wiem) okazał się koncert NOFX. Wokalista prawdopodobnie próbował być zabawny, niestety z każdym „żartem” robiło się coraz żałośniej. Więcej było gadania, niż grania, a granie też nie powalało. Chyba rzeczywiście granie punk’a powinno mieć ograniczenia wiekowe. Braku bielizny szanownego artysty nie skomentuję. Wyszliśmy przed końcem. Fiddler’s Green –  bardzo klimatycznie i sentymentalnie. Irlandzkie rytmy, które zdecydowanie zasłużyły na miejsce na głównej scenie. W przeciwieństwie do Pennywise, który może nie był tak słaby jak NOFX, ale na tyle słaby, żeby nas znudzić. Bez żalu wróciliśmy na pole… znaczy Dwór Namiotowy (przecież nie jesteśmy w Krakowie!).



DZIEŃ 2

W piątek publiczność rozgrzewał polski zespół Molly Malone’s. Szkoda, że mieli tak mało czasu, bo ledwo zaczęli grać, a już musieli zejść ze sceny. Godnie zastąpiła ich Wiewiórka na Drzewie – naprawdę ciekawa, otwarta kapela, z oryginalnym stylem. Na Ensiferum bawiłam się, nie wiedzieć czemu, bardzo dobrze, chociaż śmieszą mnie ostatnio metalowe klimaty. Koncert dobry. Nadszedł czas na Sexbombę. Ach, ta atmosfera. Fajna podróż w czasie, super zagrane, ale… Z koncertu zapamiętam tak naprawdę jedną rzecz. Parę, która za bardzo wzięła do siebie nazwę zespołu i serio, trudno było na nich nie patrzeć. Trochę się martwiłam o rozwój sytuacji, bo bawili się zbyt dobrze, jak na środek dnia i miejsce publicznie. Ale nie powiem, było to pewnym urozmaiceniem. Hollywood Undead, czyli krótka historia o tym jak zrobić show, dzięki obecności pięciolatka na scenie. Był to prawdziwy fan – koszulka, te sprawy. Zespół usilnie próbował nawiązać kontakt z Pinkalem – Michałem, ale bariera językowa była nie do przejścia. Dopiero na pytanie Are you drunk? chłopiec skinął głową. Było to tak komiczne, że nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Szkoda, że nie ma żadnych nagrań, bo dzieciak był bezbłędny. A koncert całkiem spoko. Farben Lehre – występ pod hasłem: przypomnijmy Fugiemu, że za chwilę matura. Szczerze współczuję. Gwiazda wieczoru – Nightwish. Zdecydowanie klimaty Filipa. Metal z symfonicznymi wstawkami i kobiecym wokalem nieszczególnie do mnie trafia (z wyjątkiem Within Temptation), ale koncert i aktualną wokalistkę odebrałam bardzo pozytywnie. Przyszedł czas na Myslovitz. Miałam to szczęście, że załapałam się jeszcze na jeden z koncertów z Rojkiem i strasznie się z tego cieszę. Rozpoczęli przydługim, psychodelicznym wstępem, a potem polecieli z klasycznymi hitami. Niby było ok, ale jeśli grupa miała charakterystycznego wokalistę i nagle zastępuje go kimś innym, jest specyficznie. Trudno mi to ująć w słowa, chyba po prostu brakuje w tym autentyczności. Ale nikt nie przyłączył się do Michała, krzyczącego Gdzie Rojek?. Mały-wielki finał dnia, czyli Kabanos. Jeśli mowa o prawdzie i autentyczności, to Kabanos jest dla mnie jej uosobieniem. Mają w sobie coś takiego, że kupuję to w stu procentach. Chcę jeszcze raz.



DZIEŃ 3

Trzeci dzień i szaleństwo Rozbujanych Betoniar. Pogo, pełne słońce i punk – dobry początek kolejnego festiwalowego dnia. Neonfly – nie mam pojęcia z czego to wynikało, ale frekwencja na koncercie była tak przerażająco niska, że w życiu nie było mi aż tak żal żadnego zespołu. Gdyby jeszcze było słabo, ale nie. Oryginalny wokal, świetnie zgrany zespół, wyróżniający się muzycy, którzy nie odpuszczali nawet na minutę. Były świetne solówki, był show i naprawdę… Szkoda mi ich jak mało kogo. Pull the Wire, czyli kolejna przerwa na polski punk. Pozytywnie. The Dreadnoughts – zdecydowanie koncert dnia i jeden z najlepszych całego festiwalu. Ach te polskie akcenty, ach te polskie przekleństwa! Genialnie. Lipali, czyli jedna z dwóch grup Tomasza Lipnickiego, występująca na Czadzie. O ile muzycznie do mnie trafia, tak od filozofowania wokalisty między piosenkami, też mnie trafia, ale szlag. Nie mam pojęcia dlaczego, ale koszmarnie mnie irytuje. AVANTASIA – teoretycznie jedna z największych gwiazd festiwalu, której fenomenu totalnie nie rozumiem. Roboczo nazywam takie granie kicz metalem, a sam zespół zapamiętam jako ten, który ma więcej wokalistów, niż charakterystycznych utworów. Ale co kto lubi, obiektywnie przyznaję, że grali przyzwoicie. Tylko, dlaczego tak długo? Zdążyliśmy zobaczyć godzinę koncertu, zjeść kolację w namiocie, wrócić i… koncert wciąż trwał. Fani na pewno byli zachwyceni. Konflikt – przerwa na słowacki punk, koncert, który słabo pamiętam. The Exploited, czyli kontynuacja cyklu punk dla emerytów. Przepraszam, ale strasznie ciężko się na to patrzy. Nie mam nic przeciwko dojrzałym muzykom, ale po prostu pewne rzeczy przestają być autentyczne w pewnym momencie życia. Żeby bardziej zobrazować sytuację – można śpiewać o nienawiści do szkoły w wieku sześćdziesięciu lat, ale serio… kto to kupi?

Typowe rodzinne ujęcie


DZIEŃ 4

Ostatni dzień wielkiego-małego festiwalu. Worldly Savages – bardzo przyjemny, pozytywny występ serbskiej grupy, który niestety przesiedzieliśmy. Warto jednak było oszczędzać siły na Royal Republic. Uwielbiam taką energię, uwielbiam takie poczucie humoru. Genialny wokalista, który idealnie podsumował smutnych metali z pierwszych rzędów i ludzi siedzących w cieniu. Cały koncert tańczyłam i jeśli będę miała kiedyś okazję, chętnie bym to powtórzyła. Świetny występ. Illusion, czyli Tomasz Lipnicki po raz drugi. Ku mojej radości, tym razem mówił trochę mniej. Podobało mi się bardziej, niż Lipali. Polskich akcentów ciąg dalszy. Perfect widziałam na żywo pierwszy raz i był to chyba polski koncert, na który czekałam najbardziej. Początkowo pojawiały się problemy z nagłośnieniem (co niestety zdarzało się na scenie głównej, mała była nagłośniona idealnie, pomijając jeden wyjątek, kiedy nagłośnienie wysiadło całkowicie), ale… jest to jeden z tych zespołów, do których mam sentyment i cieszę się, że w końcu dotarłam na ich występ. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji – naprawdę warto. Oprócz dobrej muzyki, pojawiła się ciekawa oprawa wizualna. No i Panowie Hektorzy – ochroniarze bawiący się w wodzirejów – bezcenne. Mela Koteluk. Tego koncertu też długo nie zapomnę, nie tyle przez występ Meli (chociaż starała się, jak mogła, budować atmosferę). Zapamiętam trzy rzeczy. Chłopaka przy barierkach, który wydzierał się, wyznając miłość wokalistce (i namawiał nas, żeby się do niego przyłączyć, po czym stwierdził, że za mało pijemy). Dziewczynę, która wydawała z siebie przeraźliwie długie piski, o tak wysokich tonach, że byłam przekonana, że ogłuchnę (kiedy nie krzyczała, nagrywała snapy ze swoim chłopakiem – ach, jak fajnie być na koncercie). No i po trzecie pogo. Serio, pogo. Ktoś dobrze podsumował to zdaniem Najlepsze pogo na Meli Koteluk, na jakim byłem. No, raczej. Najwierniejsze rzesze fanów przybyły na Sabaton. Wybierałam się na ich koncert dawno, dawno temu, ale nie dotarłam. Wtedy zależało mi bardziej, ale teraz i tak bawiłam się całkiem nieźle. Chociaż muzyka chyba miała dla mnie mniejsze znaczenie, niż zabawne momenty takie jak wykrzykiwanie w stronę wokalisty hasła: Jeszcze jedno piwo!. No i szaleństwa mojego Braciszka. Prawdopodobnie zachowywaliśmy się, jak ludzie pod wpływem nielegalnych substancji. Ale może tylko tak mi się wydaje. Na dobre zakończenie Che Sudaka. Optymistyczny akcent. Alborosie też grał przyzwoicie, ale reggae o tej godzinie nie było najlepszym pomysłem. Powoli wracaliśmy do festiwalowych domków, a Czad festiwal 2016 przeszedł do historii.

Koniec?

Jest coś takiego w tym miejscu, że chce się tam wracać. Zawsze upalnie, zawsze beztrosko, zawsze optymistycznie. Zawsze dobrze. Słyszałam plotki, że to ostatni Czad Festiwal w Straszęcinie. Mam nadzieję, że nie, bo jeśli przeniosą go w inne miejsce, nie będzie to już to samo. Wiem, że wiele osób nie podziela mojej opinii, ale kurde… Czad jest moim festiwalem, niezależnie od tego, jakie zespoły się tam pojawią.

Wymyśliłam ostatnio, że przeprowadzimy się do Straszęcina. Filip będzie rolnikiem, Michał proboszczem, a ja Królem Polski (wiecie, że to miasteczko ma swojego króla? W Google znajdziecie fotki jego domu). Nie wiem za bardzo, co można tam robić w ciągu roku, ale w tym momencie, to całkiem atrakcyjna wizja.

Jakiś czas temu myślałam o tym, że nie mam żadnych uzależnień. Ale chyba muszę jednak wrzucić koncerty i festiwale na początek tej listy. Niby jak miałabym z tego zrezygnować? Póki mam na to pieniądze i zdrowie, to nie mam zamiaru.


Czy pojadę na Czad Festiwal za rok? Oby. Mam nadzieję. W sumie, już mogę się pakować. Do zobaczenia w Straszęcinie. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz