środa, 13 lipca 2016

Open'er ciągle żywy

Kolejny Open’er przechodzi do historii. Do mojej historii niestety w innym wymiarze niż oczekiwałam. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego (chociaż warto próbować).



Miał być koncert Red Hot Chili Peppers. W końcu blisko domu, co mogło się nie udać? Cóż, jak się okazało – wszystko. Z ogromnym żalem musiałam odpuścić i spróbować zapomnieć, że tak już się wybieram od 10 lat.

Ale Gdynię odwiedziłam. Co prawda tylko 29 czerwca. Wciąż nie wyobrażam sobie oficjalnego rozpoczęcia lata, bez tej atmosfery, niezależnie od tego, kto będzie grał. Open’er jest dla mnie równoznaczny z wakacjami i latem. Dopóki istnieje, będę się tam pojawiała. Fakt, ciągle się zmienia, ale…

Dobra zmiana?

Od pewnego czasu coś umierało. Niby festiwal ciągle się rozwijał, ale trudno porównywać atmosferę sprzed kilku lat, z tym, co dzieje się tam teraz. Jest inaczej, to prawda. To, co rzuciło mi się w tym roku w oczy, to przyrost festiwalowiczów. Nie pamiętam takich kolejek i tylu ludzi na poszczególnych koncertach. Ma to swoje wady, ale cieszy mnie, że Open’er wciąż żyje i prawdopodobnie pożyje jeszcze trochę. Nowi sponsorzy wprowadzili też wiele innych atrakcji, ale tym razem nie miałam czasu zobaczyć niczego, poza koncertami.



Muzyka

Patrząc na tegoroczny line-up miałam bardzo mieszane uczucia. No i czułam się… staro. Oprócz kilku wyjątków nie znalazłam zbyt wiele dla siebie. Najbardziej barwny wydawał się pierwszy dzień. Czy był tym najciekawszym, nie wiem. Wyniosłam z niego tyle, ile się dało.

Po wyminięciu długaśnej kolejki na gdyńskim dworcu, wymienieniu biletu na opaskę przy wejściu na festiwal i kilkukrotnym potwierdzeniu, że (hehe) mam skończone 16 lat, a mój tata może pełnić funkcję mojego opiekuna [wyjątkowo mnie to śmieszyło, ale serio? Od kiedy sprawdzają wiek uczestników? Może po prostu odmłodniałam przez te wszystkie lata] dotarliśmy. Wbrew wszystkim przeciwnościom, znaleźliśmy się tam dziwnie szybko.

Po krótkim spacerku trafiliśmy na pierwszy koncert. O Heroes Get Remembered słyszałam wcześniej, ale nie spodziewałam się zbyt wiele. Co prawda nagłośnienie mocno szwankowało, ale panowie tak grali, że nie mogłam oderwać oczu. Uszu. W sumie i tego i tego. Gdybym zobaczyła ten koncert gdzieś przez przypadek, nie wpadłabym na to, że to polski zespół. Może podobało mi się tak bardzo, bo był to mój pierwszy koncert od bardzo dawna? Może dlatego, że dobrze było znów znaleźć się w Gdyni? Mimo, że nagrania studyjne nie powalają, to jeśli będę miała okazję, chętnie zobaczę chłopców po raz kolejny. Tym występem mnie kupili i oczarowali.




Kolejnym interesującym przeżyciem okazał się koncert Shy Albatross. Solowa twórczość Natalii Przybysz nie specjalnie do mnie trafia, w dużej mierze przez polskie teksty. Tutaj śpiewa po angielsku, tworząc zupełnie inny repertuar i atmosferę, co moim zdaniem wychodzi jej na dobre. Te folkowe, klimatyczne dźwięki świetnie sprawdziłyby się wieczorem, ale mimo tego, że był środek dnia, a w oddali słychać było inne koncerty, ten okazał się naprawdę magiczny. Brawa dla gitarzysty i założyciela zespołu – Raphaela Rogińskiego. Jest świetnym muzykiem.




Kolejnym koncertem, na który trafiliśmy był występ The Last Shadow Puppets. Pozytywna energia w czystej postaci. Raczej nie zapamiętam go na długo, ale i tak zespół zrobił na mnie większe wrażenie, niż Arctic Monkeys parę lat temu. Zdecydowanie można było się dobrze bawić przy ich muzyce. A chwilę później przyszedł czas na…



PJ Harvey. Główny powód naszej obecności w Gdyni tego dnia. Wszyscy pędzili do namiotu, nie tylko dlatego, że zerwał się wiatr i nadciągała burza. To po prostu trzeba było zobaczyć. Doceniam twórczość PJ, choć nie jestem wielką fanką. Jedyne co mi przeszkadzało podczas koncertu, to zachowanie ludzi. W namiocie było maksymalnie duszno, trudno było się przemieścić, o oddychaniu nie wspominając. Rozumiem (ok, nie rozumiem, ale staram się zrozumieć), że niektórzy nie wytrzymają godziny bez papierosa/skręta. Ale kiedy nie możesz oddychać, bo zwyczajnie nie ma czym, a dodatkowo z każdej strony lecą na ciebie dymy rodzajów wszelakich… W tym momencie moje zrozumienie się kończy. Serio, festiwal ma tak wielką powierzchnię, że da się palić gdziekolwiek. Namiot zdecydowanie nie jest na to dobrym miejscem. Nie wiem ile osób miało ten problem, ja na szczęście przetrwałam, ale właśnie – zamiast skupiać się na muzyce, musiałam walczyć o przetrwanie. Naprawdę nie przesadzam, serio ludzie, myślcie czasem odrobinę. Pomijając tę przydługą dygresję i wszystkie wynikające z niej komplikacje – koncert był doskonały. To jeden z takich występów, podczas których myśląc o płytach danego wykonawcy, masz poczucie, że nie są one w połowie tak dobre, jak to, co słyszysz na żywo. PJ ma krystaliczny i przejmujący głos. Aż nie chce się wierzyć, że można tak perfekcyjnie śpiewać – i to nie przez chwilę, ale przez cały czas trwania występu. Nie jest to może muzyka dla każdego, ale jeśli kiedykolwiek będziecie mieć możliwość posłuchania PJ na żywo, nie zastanawiajcie się ani minuty. Ręczę za nią.



Jeśli widzisz wianek, wiedz, że coś się dzieje. Co prawda wianki, jako obowiązkowe nakrycie głowy na festiwalach, stały się ostatnio powszechne, ale tego dnia ewidentnie było to powiązane z koncertem Florence + The Machine. Niektóre były tak piękne, że zaczęłam, żałować, że sama nie zaopatrzyłam się w żaden. W tym momencie muszę przeprosić wszystkich fanów (fanki?) Flo. Tak, lubię jej muzykę. Tak, doceniam jej płyty. To ciekawy i oryginalny zespół, jeśli chodzi o współczesny mainstream, ale… No właśnie, ale. Uważam, że głos Flo na dłuższą metę jest męczący i nie ma w nim wiele więcej, oprócz maniery. Zwłaszcza, kiedy słucha się nagrań na żywo. Byłam ciekawa, jak odbiorę to, kiedy faktycznie usłyszę ją na koncercie, w końcu mogłam dać się porwać atmosferze. Nic takiego się jednak nie stało. Przyznaję Flo jest przesympatyczną, naturalną, uroczą osobą. Jej nieskoordynowanie połączone z radością życia jest naprawdę urocze. Bardzo miło się na nią patrzy, ale nie mogę powiedzieć, że równie miło się jej słucha. Owszem, robi wszystko, co może, tyle, że nie może zbyt wiele. Chórki przyćmiewały ją w każdym utworze. Ok, czepiam się, bo mogę. Muszę. Koncert zapamiętam pozytywnie, przede wszystkim dzięki radości płynącej ze sceny. No i jestem pod wrażeniem jedności fanów Flo. Chyba nie przestanie mnie zaskakiwać, że ludzie potrafią się tak jednoczyć (i to w dobrej sprawie!).


Mój dzień w Gdyni zakończył się koncertem grupy Tame Impala. Mimo problemów, wokaliście udało się zaśpiewać (swoją drogą kontrast między jego głosem, kiedy mówił, a kiedy śpiewał, był niesamowity). Zespół ma interesujące brzmienie, nieczęsto spotyka się dziś takie psychodeliczne projekty. No i oprawa wizualna, dopracowana pod każdym względem.



Ciągle zastanawiam się nad fenomenem Open’era. Dla mnie to już tradycja – obowiązkowe letnie święto. Ale to nie wszystko. Wiem, że marudzę, że to już nie to, że coś się kończy, ale to nieprawda. Z perspektywy myślę, że Open’er jest nie tylko najciekawszym, ale i najlepiej zorganizowanym festiwalem w Polsce. Zdarzają się niedociągnięcia, ale jest naprawdę bardzo, bardzo dobrze. I wierzę, że będzie jeszcze lepiej. Byle bilety już nie drożały. 

Na koniec jeszcze jedna dygresja – byłam pod wielkim wrażeniem, jak ludzie walczyli o strefę kibica. To niespodziewane zjednoczenie, naprawdę niesamowita sprawa. Śmieszą mnie głosy, że zgoda na puszczenie meczu była nieporozumieniem. W końcu każdy uczestnik ma wolną wolę, a Open’er już od dawna nie jest wydarzeniem wyłącznie muzycznym, przynajmniej nie dla każdego. Teatr, pokazy mody, kino, muzeum, wywiady, ciekawe jedzenie…

Sporo się dzieje. Dla mnie jednak ciągle muzyka jest na pierwszym miejscu. I właśnie tu, jak na żadnym innym festiwalu, potrafię w pełni przeżyć każdy koncert. Mimo wszystkich atrakcji wokół, każdy z koncertów ma własną, wyjątkową atmosferę i może być cudownym doświadczeniem muzycznym. Open’er ciągle żyje, a Gdynia czeka na kolejne osoby, które zakochają się w tym miejscu. Do zobaczenia za rok.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz