poniedziałek, 11 stycznia 2016

"Światło, którego nie widać"

Witajcie w nowym roku. 2016 zaczął się dla mnie spokojnie i pozytywnie, chociaż nie chce mi się nic. No i ciągle walczę z problemi ze zdrowiem. Długie wieczory i poświąteczny klimat rozleniwiają jeszcze bardziej, dlatego fajnie coś poczytać. Coś dobrego.


Słyszeliście o książce Światło, którego nie widać? Jeśli nie, to pewnie niedługo usłyszycie, bo w internecie co chwilę pojawiają się o niej jakieś wzmianki. Została wyróżniona Nagrodą Pulitzera, a jej akcja osadzona jest w czasach wojny, co samo w sobie zwiastuje popularność. U mnie dla odmiany wywołuje to sceptycyzm.

Nagrody literackie, zwłaszcza te wręczane przez książkowych ‘znawców’ najczęściej uruchamiają u mnie lampkę ostrzegawczą. Jeśli coś wybiera komisja do zadań specjalnych, mam wątpliwości, że wielkie, nagrodzone dzieło przeznaczone jest dla normalnych ludzi.

Co do kontekstu historycznego… Tu akurat szkoła skutecznie umacniała moje uprzedzenie do historii. Lekcje historii nigdy nie były interesującym zapoznawaniem się z kolejnymi wydarzeniami, a wkuwaniem ciągów dat i nazwisk, które rzadko kiedy kojarzyły mi się z czymś autentycznym. Mimo uprzedzeń przełamuję się – oglądam filmy z takimi motywami, no i czytam książki powiązane z historią. Do grona moich ulubionych dołączyły pomysłowy Przypadek Adolfa H., oryginalna Złodziejka książek, a teraz także Światło, którego nie widać. Dobrze, że wyleczyłam się ze szkolnych urazów.

Powiem Wam, że nie wiem jak to się stało, że sięgnęłam akurat po tę książkę. To był impuls, czułam, że muszę ją przeczytać i po prostu to zrobiłam. Jak się okazało, była to nie tylko jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w zeszłym roku, ale w ostatnich latach w ogóle.

Głównymi bohaterami powieści są francuska, niewidoma dziewczynka Marie-Laurie i Werner – chłopiec mieszkający w domu dziecka, który ze względu na swoje niemieckie pochodzenie, zostaje powołany do armii. Historia ta jest osadzona w czasach Drugiej Wojny Światowej. To właściwie wszystko, co musicie wiedzieć o akcji, szkoda sobie psuć przyjemność czytaniem streszczeń.


Autor opisuje zdarzenia, tak po prostu. Najważniejsze są przeżycia głównych bohaterów, to jak się zmieniają i jak przebiega ich dorastanie w tych najtrudniejszych z możliwych czasach. A to, że jedno z bohaterów jest pozbawione wzroku, nie znaczy wcale, że jest tym, które dostrzega mniej.

To, co oprócz ciekawie skonstruowanej fabuły może zachwycać w książce, to styl autora. Chociaż opowiada o trudnych sprawach, robi to w niesamowicie lekki sposób. Może to zasługa tego, że pisał tę książkę przez 10 lat?

Dooer podzielił powieść na krótkie rozdziały, używał także prostych zdań. Ułatwia to czytanie i sprawia, że chociaż pozycja ma ponad 600 stron, kompletnie nie odczuwa się tej objętości. 

Światło, którego nie widać jest książką mądrą i piękną. Najbardziej ujęło mnie w niej to, że chociaż nie jest pisaniną skierowaną do mas, ma szansę trafić do każdego. Nie wiem czy kiedykolwiek czytałam coś, co byłoby równocześnie tak dobre i tak przystępne. Myślę, że odnajdą się w niej osoby w różnym wieku, czytające na co dzień inne rzeczy. Przeszło mi przez myśl, że nadałaby się na lekturę, ale to chyba jeszcze nigdy nie pomogło żadnej książce. Niech więc będzie to lektura bardzo proponowana przeze mnie ;)

Co więcej mogę powiedzieć? Czytajcie Światło, którego nie widać i dzielcie się swoimi opiniami. Mam nadzieję, że Anthony Doerr napisze coś równie interesującego szybciej niż za kolejne 10 lat.

    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz