sobota, 14 listopada 2015

Foo Fighters w Krakowie – frustrująca podróż do Raju

Listopad. Nigdy nie przepadałam za tym miesiącem. Wszystko robi się takie bez życia i bez sensu. Dlatego dziwnie się czułam czekając na niego. Powód był ważny i konkretny…

Źródło: facebook.com

Wszystko zaczęło się wiosną, kiedy w mojej głowie pojawiały się koncertowe plany na wakacje. Zastanawiałam się, co chciałabym zobaczyć i Foo Fighters był zespołem, który pierwszy przyszedł mi na myśl. Ale przecież to niemożliwe, żeby przyjechali do Polski… 

Kilka dni później w sieci pojawiła się informacja o koncercie w Krakowie. Nie chciało mi się wierzyć. Pamiętam dzień, kiedy bilety trafiły do sprzedaży – kończyłam pisać referat o Heideggerze, ale zamiast porządnie się przygotować na zajęcia, które miałam jakieś 2 godziny później (wiem, jestem mistrzem organizacji), co chwilę patrzyłam na zegarek, czekając na moment, w którym będę mogła zamówić bilet. Tak… To był dobry poranek.

Cieszyłam się bardzo, ale wiecie jak to jest – do koncertu było jakieś pół roku, nie wydawał się on wtedy szczególnie realny. Później pojawiły się wiadomości o wypadku Grohla i spekulacje, że koncert się jednak nie odbędzie. Na szczęście wszystko wyszło tak, jak miało.

Do koncertu został tydzień, a ja zaczęłam wątpić, czy dobrze robię, że jadę. Starałam się to ignorować, bo ostatnio wątpię we wszystko, więc przeczekałam. Moje wątpliwości miały jednak konkretne skutki – nie załatwiłam nic, nie miałam biletów na pociąg, nie wiedziałam, czy zostać w Krakowie, czy wracać do domu od razu po koncercie, nie wiedziałam po co mi to wszystko. Trzy dni przed wyjazdem przechorowałam i spędziłam pod kołdrą. A bilet na pociąg (w jedną stronę) kupiłam noc przed podróżą. Pozdrowienia dla mnie.

Jeszcze w poniedziałek rano wydawało mi się, że jadę na uczelnię. Byłam totalnie nieprzytomna, prawie nie spałam, ale jakoś dotarłam do centrum Gdańska. Wsiadłam w pociąg i… pojechałam. Kosztowało mnie to więcej niż powinno, a przecież nikt mnie nie zmuszał, żeby tam jechać (wręcz przeciwnie, prawda Mamusiu?).


Całą drogę zastanawiałam się po co to robię. Dojechałam do Krakowa i dalej się zastanawiałam. Czułam się, jakbym była tam pierwszy raz w życiu, chociaż to jedno z moich ulubionych miast, które znam całkiem nieźle. Chciałam wracać do domu. Wybrałam jednak tramwaj do Tauron Areny. Tyle, że to niczego nie ułatwiło. Pierwszy odjechał. Był tak przepełniony, że nie miałam szans się tam dostać. Do drugiego się wepchnęłam. Powoli wczuwałam się w koncertowy klimat, przymusowa integracja z pozostałymi pasażerami tramwaju była całkiem zabawna.

Okej. Dotarłam na miejsce w jednym kawałku. Kiedy zobaczyłam pięknie oświetloną halę z migającym zdjęciem zespołu, powoli przypominałam sobie dlaczego tam jestem. Chociaż wciąż nie wierzyłam, że było warto. Głodna, wycieńczona i osamotniona weszłam do środka. Dobry początek, nie?

Trochę się spóźniłam na support – Trombone Shorty & Orleans Avenue. Grali całkiem fajnie, chociaż nie zupełnie w moim klimacie. Dopiero kiedy usłyszałam cover utworu Brain Stew Green Day zaczęło mi się naprawdę podobać. Powoli się aklimatyzowałam.

Zdziwiło mnie trochę, że chociaż dotarłam tam tak późno, w Tauron Arenie było stosunkowo niewiele osób. Stanęłam mniej więcej w połowie drogi do sceny, z nadzieją, że cokolwiek zobaczę (bycie niskim na koncertach jest do niczego). Ludzi przybywało. Kiedy jakieś pół godziny przed koncertem zaczęłam się rozglądać wiedziałam już, że gdybym chciała jeszcze na chwilę się stamtąd wydostać, nie będę miała dokąd wrócić. Hala była zapełniona.

W końcu – doczekaliśmy się. I zanim przejdę do tego, co było zasługą zespołu, chcę podziękować wszystkim, którzy tam byli. Uczestniczyłam w wielu koncertach, niestety część z nich okazywała się słaba przez publikę. Nie jestem fanką zbiorowego przeżywania, a niestety na koncertach jest ono bardzo ważne. Tu miałam poczucie, że każdy był na swoim miejscu. Wszyscy przyszli zobaczyć długo wyczekiwany zespół i nikt nie chciał tego zepsuć. Ne pewno pojawiły się jakieś wyjątki, ale biorąc pod uwagę ogół – naprawdę ludzie, spisaliście się na medal. No i akcje zorganizowane przez polski fanklub zespołu… Bardzo Wam wszystkim dziękuję.

Zaczęło się – co było do przewidzenia – utworem Everlong. Czerwone i białe kartki uniosły się w górę tworząc polską flagę. Domyślałam się co zagrają, wiedziałam co się wydarzy, nie przewidziałam tylko co będę czuła. A czułam więcej niż kiedykolwiek na jakimkolwiek koncercie. Nigdy w życiu w ciągu tak krótkiego czasu nie wzruszyłam się tyle razy. Nigdy też nie zastanawiałam się, czy koncert, na którym jestem, dzieje się naprawdę. Foo Fighters sprawili, że to wszystko stało się faktem. Było autentyczne, cudowne i niewiarygodne.


Pięknym momentem był lot papierowych samolocików w kierunku sceny w czasie Learn to Fly. Niezwykłym widokiem były tysiące światełek, kiedy zespół grał Big Me. To wszystko jednak było tylko dodatkiem, bo nawet utwory grane normalnie stawały się niesamowite. 

Dave jest muzykiem totalnym. Może to, co robi, to dla niego rutyna, może tylko odgrywa każdego wieczoru podobny spektakl, nie wiem. Nie wiem, ale zupełnie w to nie wierzę. Ten facet kocha muzykę. Kocha tworzyć i występować. Można próbować to udawać, ale moim zdaniem odbiorcy nie da się oszukać. Pewnie, niektóre elementy trzeba odgrywać – taka praca. Ale kiedy praca jest pasją to po prostu widać. Pokażcie muzyka, który pomimo tego, że przez złamanie nogi, nie może się swobodnie ruszać, potrafi dać z siebie tak wiele energii i przekazać tyle emocji. Swoją drogą, po jego szaleństwach widać, że to perkusja jest jego docelowym instrumentem. Luz, dystans, poczucie humoru… tego nie da się podrobić. Nie bez powodu nasz bohater siedział na tronie ;)


Koncert nie byłby pełny bez Taylora. Bez reszty muzyków również, ale to jego osobowość sceniczna wybija się najbardziej (zaraz po Grohlu oczywiście). Uroczy człowiek, świetny muzyk. Jego wykonanie In the Flesh? Pink Floyd rozwala.

Ponad dwie godziny porządnego grania zwieńczyła piosenka Best of you. Piosenka, której tekst wisiał na mojej ścianie przez kilka lat (zanim zastąpiło ją Innuendo Queen). Piosenka bardzo ważna, poruszająca więcej spraw i emocji, niż wiele innych. Jedna z najważniejszych dla mnie i dla wielu fanów Foo Fighters. Nie jest jedyną ważną, ale jest jedyna w swoim rodzaju. Idealna na finał. Nie napiszę co czułam kiedy ją grali, bo nie potrafię. Ale wiem, że nie byłam w tym osamotniona.

Nie pamiętam kiedy w moim życiu pojawiła się muzyka Foo Fighters. Zawsze była trochę obok, nie w centrum muzycznych zainteresowań, raczej jak ktoś, kto jest przy Tobie cały czas, ale go nie dostrzegasz, bo jest za blisko. Po tym koncercie już nigdy nie spojrzę na żaden ich utwór w zwyczajny sposób. Nie chcę.

Muzyka zmienia, muzyka leczy, muzyka robi więcej dobrego, niż może się wydawać. Do Krakowa jechałam rozbita, do Gdańska wracałam szczęśliwa. Na początku pisałam, że ostatnio wątpię. Na koncercie wierzyłam. Wierzyłam we wszystko, w co wątpiłam i w to, o czym zapomniałam. Chciałabym móc wstrzykiwać sobie takie endorfiny na co dzień. Nie wiem jeszcze jak to zrobię, ale chcę o tym pamiętać jak długo się da. Nie mam żadnego zdjęcia ani nagrania z tego wyjazdu. Został mi tylko bilet z koncertu i bilety pociągowe. Przede wszystkim jednak wiele wspomnień, do których chcę wracać.

Mam nadzieję, że zespół tak jak obiecał pojawi się w Polsce szybciej, niż za 19 lat. Mam nadzieję, że w jakiś sposób zapamiętają występ w Krakowie. Żadne filmiki i relacje nie są w stanie oddać tego, co działo się w Tauron Arenie. Kto był i to przeżył, ten wie. Kto był i nie poczuł, temu współczuję. Kto nie lubi Foo Fighters niech się nie wtrąca. Chociaż byłam tam sama i nie sądziłam, że wszystko się uda, teraz wiem, że był to jeden z ważniejszych koncertów w moim życiu. O ile nie najważniejszy. 

Jeśli tam byliście, podzielcie się wrażeniami w komentarzach. A może przeżyliście inny ważny koncert? Ja aktualnie żyję w totalnie innym świecie i nie mam zamiaru wracać na Ziemię w najbliższym czasie… dlatego na nowo uczę się chodzić.

           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz