poniedziałek, 14 września 2015

CZAD w Straszęcinie

Niby lato jeszcze trwa, a już jesień wisi w powietrzu. Czuję, że podświadomie zaczynam budować sobie jesienno-zimowy bunkier, ale… przecież jeszcze nie czas. Dlatego myślę, że to dobry moment, żeby wrócić na chwilkę do Straszęcina. Chociaż myślami.


Źródło: materiały prasowe


Odwlekałam ten wpis. Podobnie było z planowaniem wyjazdu – zupełnie nie miałam na niego ochoty. Dopiero wróciłam z wakacji, a już trzeba było się ogarnąć i przygotować do kolejnych wojaży. I to nie w klimatyzowanym hotelu, a w namiocie. Właściwie tak, jak lubię, tyle, że nie miałam już siły.

Szkoda mi było pozbyć się biletów, zwłaszcza, że pierwszy raz udało mi się namówić mojego Brata na taki wypad. Wyruszyliśmy więc na drugi koniec Polski.

Po dwunastogodzinnej podróży dotarliśmy do Dębicy. Później, po odrobinę okrężnej wędrówce znaleźliśmy Straszęcin. Pozostało tylko czekać na otwarcie pola namiotowego.




ORGANIZACJA

W internecie wiele osób pisze o tym jak na CZAD festiwalu jest okropnie. Nie mogę powiedzieć, że było idealnie, ale uważam, że plusów mogłabym naliczyć więcej.

Pierwszym i jednym z największych minusów było dla mnie to, że osoby, które przyjechały na pole namiotowe wcześnie (np. my) nie mogły rozstawić namiotu w cieniu. Rozumiem, że nie można rozbijać się na środku boiska, bo zacząłby się robić bałagan, ale jak się domyślacie cień był na obrzeżach. Namioty miały być rzekomo rozstawiane obok siebie dla porządku. Jeszcze jakoś bym to zniosła, gdyby ochrona była konsekwentna – jak ktoś odpowiednio bajerował, to dostał miejsce w cieniu. My przenosiliśmy się z namiotem trzy razy, bo panowie nie mogli się zdecydować, który skrawek ziemi będzie dla nas odpowiedni. Taaaak.

Nie zazdroszczę osobom, które przyjechały później i musiały stać w kilkugodzinnej kolejce na pole. Nam poszło w miarę sprawnie, bo dostaliśmy się tam w około pół godziny. A wystarczyłoby zrobić więcej punktów „meldunkowych”.

Ostatnią i najbardziej denerwującą mnie kwestią było nagłośnienie. Nie wiem od czego (kogo?) to zależało – jedne koncerty były nagłośnione bardzo dobrze, inne fatalnie. Takie wpadki nie powinny się zdarzać na imprezach tego typu.


A poza tym było przyzwoicie. Wielu uczestników czepia się zbyt restrykcyjnej ochrony, zakazu wnoszenia alkoholu na pole, płatnych pryszniców i innych drobiazgów. Powiem tak – to absurdalne, że na pole nie można było wnosić np. dezodorantu w szklanym opakowaniu albo nożyka do krojenia chleba, ale jak ktoś przeczytał regulamin, to nie powinien się burzyć. Idziesz na imprezę masową – akceptujesz odgórne postanowienia. Koniec bajki. Jak głupie by to nie były zakazy, stosując się do nich jest łatwiej, bo oszczędza się nerwy swoje i ochroniarzy. Poza tym – serio aż tak dokładnie przetrzepali Wasze plecaki?   

Zakaz wnoszenia zakręconych butelek ostatniego dnia faktycznie był śmieszny – no i tego w regulaminach nie było. A, że na polu nie powinno się pić? Ci, którzy chcieli wnieść alkohol to wnieśli – jak wszędzie. „W Straszęcinie tak strasznie, bo tylu rzeczy nie można, a na Woodstcku wszyscy chodzą nietrzeźwi całą dobę, można przyjechać z maczetą i jest tak zajebiście!!!” – cóż, jeździjcie na Woodstock.

A z plusów… myślę, że normalne, bezpłatne toalety na polu namiotowym zamiast toi toiów były pozytywnym zaskoczeniem.

Poza kilkoma szczegółami było więc w porządku. Widać, że to młody festiwal i organizatorzy muszą się wiele nauczyć, ale spokojnie, dadzą przecież radę. Ja w nich wierzę.

MUZYKA i  inne atrakcje


Źródło: materiały prasowe

Wiem, że festiwal był okropny, wielu już się tam nie pojawi, bo nie można się porządnie schlać i wnosić ostrych przedmiotów. Prawie mi przykro.

Ja dla odmiany pojechałam tam żeby świetnie się bawić na koncertach. Tak też zrobiłam (swoją drogą coraz bardziej mnie zastanawia jaki procent uczestników festiwali jeździ na nie dla koncertów…).



Już pierwszego dnia wiedziałam, że warto było przyjechać na CZAD. Nasze koncertowanie rozpoczęło się od występu Pidżamy Porno. Nie miałam specjalnych oczekiwań, bo nie jestem wielką fanką, słyszałam, że Grabarz radzi sobie na scenie bardzo różnie, a tak w ogóle to wolę Strachy na Lachy. Myślałam, że będzie raczej słabo, a było świetnie. Tak w dużym skrócie.

Co do Lao Che – nie miałam wątpliwości, że będzie bardzo dobrze – tak też było. Wiedziałam czego się spodziewać, bo widziałam grupę po raz czwarty. Jak na razie najlepiej będę wspominać ich koncert na pruszczańskiej Faktorii, ale tu też było super. Udało nam się stanąć w dobrym miejscu, otaczali nas fani zespołu – nie byliśmy osamotnieni w skakaniu i śpiewaniu.

To bardzo mnie zdziwiło – na każdym koncercie pojawiali się wierni fani poszczególnych kapel. Zresztą – jak wynikało z rozmów – każdy miał inne muzyczne powody, żeby odwiedzić Straszęcin.

Gwiazdę wieczoru – Gentelmena odpuściliśmy. Nie ten klimat. Kolejne było więc Acid Drinkers. Od dawna chciałam zobaczyć zespół na żywo. Bawiłam się nieźle, chociaż liczyłam na to, że będzie odrobinę lepiej.

Wielkim finałem dnia okazał się koncert Paddy and the Rats. Byliśmy ciągle mocno zmęczeni po podróży, więc mieliśmy tylko chwilę popatrzeć na koncert. Nie udało się. Okazał się tak świetny, że zostaliśmy do końca. Zupełnie nie znałam zespołu, a mimo to porwał mnie całkowicie. Jak się potem okazało, to był dopiero przedsmak kolejnych występów.



Dzień drugi rozpoczął się trochę niefortunnie, bo panowie z KSU zamiast przygotować się wcześniej, stroili się tak długo, że zostało im tylko pół godziny na występ. Dlatego, zanim rozkręcili się na dobre, musieli skończyć. Szkoda.

Lady Pank – koncert, na który czekałam i którego się obawiałam. Muzycy nie są już najmłodsi, oglądałam ich różne występy z przewagą tych słabych. A tu szok – zagrali tak, jakby mieli co najmniej połowę lat mniej, niż mają. Atmosfera była wyjątkowa, wielu ludzi znało na pamięć wszystkie utwory… Poczułam się jakbym przeniosła się w czasie, to niesamowite, jak muzyka potrafi łączyć pokolenia. Czad.

The Toy Dolls – kolejne, bardzo pozytywne zaskoczenie. Nie wiem czy widziałam wcześniej aż tak zgrany zespół, nie tylko muzycznie, ale też choreograficznie. Widać, że bawią się tym co robią. Atrakcje wizualne nie były potrzebne, bo zespół bronił się muzyką i charyzmą, ale i tak baloniki, konfetti i ogromna butelka szampana umiliły występ tria.

Hunter zagrał solidny koncert, chociaż bardziej podobał mi się, kiedy widziałam ich za pierwszym razem (ale wtedy okoliczności były też trochę inne – występowali z chórem). Prawda jest taka, że najwięcej energii wstąpiło w nas podczas coveru piosenki Amerika grupy Rammstein. Niektórzy dziwnie patrzyli kiedy skakaliśmy i śpiewaliśmy. Cóż.

Dzień zakończył koncert Alestorm. Staliśmy przy bocznych barierkach, przybijaliśmy piątki z perfekcyjnie pomylonym wokalistą, bawiliśmy się w takt pirackich melodii… ale nie to było najważniejsze.

Wtedy dotarło do mnie, że wcale nie jest tak, że festiwale muzyczne się kończą. To, że podczas występów na Woodstocku zupełnie nie czuję atmosfery nie ma nic wspólnego z tym, że nie potrafię już czuć się na koncertach tak jak kiedyś. I to nie złudzenie, a fakt, że Open’er staje się z roku na rok słabszy. Po prostu dawno nie byłam w miejscu, w którym jest klimat i zespoły grające tak, że słuchając ich nie snujesz absurdalnych planów na bliżej nieokreśloną przyszłość. Zamiast tego jesteś tu i teraz, a liczy się tylko to, że prawdopodobnie przeżywasz coś, co będziesz wspominać przez lata. Właśnie wtedy zostawiam w Straszęcinie Duszę.

Wybaczcie przydługą, patetyczną dygresję, ale drugi dzień był naprawdę… wow.



Sobota rozpoczęła się mocnym, chociaż zupełnie nieoczekiwanym akcentem. Kojarzycie zespół Powder for Pigeons? Ja też nie kojarzyłam. Szkoda, że na koncert przyszło tak niewiele osób, bo nieczęsto można zobaczyć duet, który roznosi scenę. Czyste szaleństwo zamknięte w ciałach dwóch niepozornych osób. Warto było.

Potem Kabanos. Jak wiadomo Kabanos nie jest już wyłącznie zespołem – Kabanos to styl życia. Widać, że ma wielu wyznawców. Mnie akurat nie porywa, ale kilka razy nieźle się uśmiałam. To takie urocze, kiedy ktoś aspiruje do miana najgorszego zespołu na świecie.

Korpiklaani nie zatrzymali nas zbyt długo. Koncert wydawał się w porządku, ale bez szału. Swoją drogą, ostatnio chyba wraca moda na folk w muzyce. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, na mnie akurat te folk metalowe dźwięki nie zrobiły wielkiego wrażenia, no i przecież trzeba było oszczędzać siły na…

Within Temptation. Nie mam szczęścia do ich koncertów. Co najśmieszniejsze – nie przez zespół. Tym razem przede mnie wepchnął się przeuroczy spity i naćpany człowiek, grożący pięścią, żeby stanąć obok bocznej barierki. Strasznie mnie to zdenerwowało i miałam ochotę się ewakuować, ludzi jednak było tak dużo (chyba najwięcej ze wszystkich koncertów festiwalowych), że nie za bardzo było dokąd. Mimo cudownego towarzystwa, starałam się skupić na koncercie, chociaż moje wrażenia były przez to dużo gorsze. Koncert i tak okazał się lepszy od tego woodstockowego. Ogólna atmosfera była dużo lepsza, pojawiło się więcej fanów, miałam wrażenie, że zespół też bawił się lepiej. Sharon jak zwykle perfekcyjna.

The Analogs i Indios Bravos widzieliśmy bardzo pobieżnie, ale z tego co zaobserwowałam, oba występy raczej udane.



Nadszedł dzień ostatni. Długo oczekiwany, bo w końcu dlatego w ogóle zdecydowaliśmy się jechać – przecież miał się odbyć koncert The Offspring!

To jedna z moich podstawówkowych miłości, no i zespół z dzieciństwa mojego brata. Ja miałam 10-11 lat, on 5, kiedy na zmianę zapętlaliśmy płytę Americana. Drugą falę fascynacji zespołem przechodziłam w liceum, trzecia zaczęła się teraz. Wcześniej jakoś nie było okazji pojawić się na ich koncercie, więc zawiało nas aż na południe Polski. Przypadek? Raczej przeznaczenie, bo takiego festiwalu nie przeżyłam od bardzo dawna… Do sedna.

Nie nastawiałam się na żaden z innych niedzielnych koncertów, żałowałam później trochę, że byliśmy tylko na drugiej połowie występu Skindred, bo można było się tam nieźle wyszaleć (kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie). Potem Michał poszedł na chwilę zobaczyć Happysad, ja w tym czasie pilnowałam dla nas bocznej barierki.

W końcu doczekaliśmy się koncertu The Offspring. Mogę ponarzekać – zespół był znudzony, widać, że przyjechali do roboty, nie dla rozrywki, nie łapali kontaktu z publicznością – bla, bla, bla. To wszystko nieważne. Od pierwszych dźwięków You’re Gonna Go Far, Kid (chyba najczęściej puszczanego utworu na polu namiotowym) wiedziałam, że będzie dobrze. Ostatni raz bawiłam się tak intensywnie na Aerosmith w Łodzi. Tu było lepiej pod tym względem, że bawiliśmy się razem – śpiewaliśmy (ok, darliśmy się) i skakaliśmy jak zwariowani. Bardzo się cieszę Braciszku, że mogłam przeżywać z Tobą ten genialny koncert. Nie rozumiem tylko, dlaczego panowie zdecydowali się grać tak krótko. Wiem, że w Polsce ciemno, zimno i do domu daleko, ale chyba fani zasłużyli chociaż na jeden krótki bis? Godzina tak intensywnego grania może być wykańczająca, ale pięć minut więcej chyba nikogo by nie zbawiło.

Festiwal zamknął Organek. On dla odmiany grał za długo (dłużej niż gwiazda wieczoru!). Było w porządku, chociaż nie dołączę do grona jego psychofanów. O wiele większe wrażenie od frontmana zrobił na mnie perkusista – dawno nie widziałam kogoś grającego z taką pasją.

Co jeszcze ciekawego pojawiło się na CZAD festiwalu? Było kino plenerowe, silent disco, huśtawki ogrodowe w altankach, gigantyczne puzzle, mimowie… Jak mogłam zapomnieć o Republice Roleski!

Działo się dużo – imprezy przy kranach podczas czterdziestostopniowego upału robiły furorę, nasza sąsiadka Milenka ćwicząca publiczne występy nie dawała nam spać (nie śpiewaj więcej, proszę), nasi drudzy sąsiedzi pijący od rana do nocy, których teksty spisywałam (kiedyś będą kultowe, zobaczycie)… 

Będę to wszystko wspominała bardzo długo.



Pojechałam tam dla muzyki. Dostałam znacznie więcej, niż się spodziewałam. Niepozorny festiwal ze śmieszną nazwą, zlokalizowany na krańcu świata okazał się klimatycznym, kameralnym, swojskim i bezpiecznym miejscem. Miejscem, które podbiło moje serce.

Czekam na wiadomość, co organizatorzy wymyślą w przyszłym roku. Pewnie nic co zdarzyło się teraz już się nie powtórzy, ale mam poczucie, że muszę tam wrócić. Bardzo chcę tam wrócić. Trzymam kciuki za kolejne (coraz lepsze!) edycje. Straszęcin jak się bawicie? 

Jeśli udało wam się przeczytać do końca, podzielicie się wrażeniami w komentarzach.  

10 komentarzy:

  1. Zabierzesz mnie ze sobą w przyszłym roku?!
    Po przeczytaniu powiem tylko jedno - chcę tam jechać :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę dziwne te zakazy z dezodorantem, czy butelkami, ale wiadomo, organizatorzy o tym decydują. Odnośnie niemożliwości postawienia namiotu w cieniu - nie zazdrościmy. Fajnie, że jesteś zadowolona z wyjazdu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mnie to zaskoczyło. Chociaż mój plecak nie był przeszukiwany aż tak dokładnie - jeśli bym chciała, to spokojnie wniosłabym te rzeczy.
      Upały sięgające 40 stopni dawały się we znaki, szczególnie rano w namiocie, ale na szczęście inne atrakcje to wynagrodziły :)

      Usuń
  3. Cieszę się, że fajnie się bawiłaś na tym festiwalu! ja jeszcze na Woodstocku nie byłam i jak na razie to mnie tam nie ciągnie, ale może kiedyś? Za to ten Czad w Twojej opowieści zapowiada się całkiem ciekawie. Chętnie bym zobaczyła np. Within Temptations na żywo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Woodstock jest specyficzny i też się długo przed nim broniłam. Czad okazał się być o wiele bardziej w moim klimacie.
      Within Temptation na żywo wypada świetnie, watro obejrzeć chociaż DVD z ich koncertów - szczególnie polecam 'Black Symphony' ;)

      Usuń
  4. Czasem myślałam, żeby się wybrać na Woodstock, ale ten festiwal chyba by mi lepiej podszedł :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna opcja! Moja koleżanka byłam na tym samym festiwalu i była zachwycona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie wiedzieć, że nie tylko mi się podobało :)

      Usuń