poniedziałek, 10 sierpnia 2015

HIM – nastoletnie wspomnienia i koncert w B90

Prawie każdy będąc nastolatkiem przechodził specyficzne fascynacje muzyczne. Ja miałam ich bardzo wiele, co jakiś czas wracam do niektórych z nich. Kilka dni temu z jedną z moich nastoletnich miłości mogłam skonfrontować się osobiście. Trochę bolało.

Źródło: materiały prasowe

Najbardziej intensywny czas mojej relacji z grupą HIM przypada na gimnazjum. Chociaż płytę Razoblade Romance  znałam już wcześniej, to właśnie wtedy słuchałam jej najczęściej. Niedługo potem dołączyły do niej nagrania z Love Metal, a z każdej ściany w moim pokoju spoglądał mroczny Ville Valo. Łączyło się to też z ogromną potrzebą oglądania programu Viva la Bam (dla niewtajemniczonych – Bam Margera był ogromnym fanem HIM, a – no i jeszcze moim potencjalnym przyszłym mężem :D).

Muzyka Jego Piekielnej Wysokości towarzyszyła mi także później, nigdy jednak tak często jak w wieku trzynastu, czternastu lat. Nic dziwnego, że kiedy dowiedziałam się, że zespół zagra w Gdańsku bardzo się ucieszyłam. Od razu kupiłam bilet i wróciłam do słuchania piosenek, które kiedyś tak bardzo mnie poruszały. Z zaskoczeniem odkryłam, że niektóre z nich podobają mi się równie mocno, co 10 lat temu.

Czyż panowie nie byli piękni?
Tak, muzyka grupy HIM ma w sobie sporo kiczu. Tak, wiele można im zarzucić. Ale jest w ich brzmieniu coś, co sprawia, że chce się ich słuchać mimo to. Głównym elementem przyciągającym jest chyba głos wokalisty – głęboki, z niesamowitymi dołami. Do tego dochodzi uniwersalność piosenek – zespół wciąż przyciąga nowych słuchaczy.

Obudziły się we mnie dawne emocje i z niecierpliwością czekałam na koncert.

Występ rozpoczął utwór Buried alive by love (przy jego dźwiękach zasypiałam kiedyś dzień w dzień, wciąż nie wiem jakim sposobem). Od początku wiedziałam, że coś jest nie tak. Nagłośnienie było fatalne, perkusja i gitary zagłuszały wokal, a dźwięk przepływał tak, że miałam wrażenie, że zespół znajduje się za ścianą. Myślałam, że to może przejściowe problemy techniczne, ale niestety – taki stan utrzymywał się przez większość koncertu. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno nagłośnieniem koncertów HIM zajmuje się ich prywatny akustyk. Jeśli tak, to bardzo im współczuję.

Ville niestety też już chyba nie ma ochoty na koncertowanie. Śpiewa, bo śpiewa – w końcu dostaje za to pieniądze, więc głupio by było, gdyby dał sobie spokój. Strasznie żałuję, że tak było, bo słychać, że wciąż ma spore możliwości.



Mimo wszystkich niedogodności przeżyłam na koncercie kilka wyjątkowych momentów, głównie podczas starszych utworów, do których jestem bardziej przywiązana.

Nie żałuję, że tam byłam, nie. Po prostu trochę mi przykro, że coś, co mogło być naprawdę niezwykłe, wyszło jak wyszło.

Prawdziwi fani powiedzą, że się czepiam. Nie, po prostu szczerze piszę o swoich odczuciach. Koncert mnie rozczarował. Łudzę się jednak, że w latach świetności HIM prezentował się lepiej. Może kiedyś jeszcze wróci do formy. Dobrze by było, bo przecież wciąż jest grono fanów, którzy czekają na wielki powrót zespołu.

3 komentarze:

  1. Tez mialam lekka "faze" na HIM, chociaz u mnie to bylo bardziej ze wzgledu na kilka piosenek ktore bardzo mi sie podobaly, nizeli sale albumy. Na koncert bym poszla, jesli nie musialabym dojezdzac i niebylby drogi, bo wyglada na to ze kosztowac sie nie warto jesli koncertowanie w tym stylu jest juz u nich norma. Zrobilas jakies zdjecia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koncert na szczęście nie był drogi, bilety były po 90 złotych. Coś Ty, na takie imprezy z aparatem nie wejdziesz...

      Usuń
  2. Jeju normalnie myślałyśmy podobnie w tamtych latach:D Viva la Bam to było tak głupie, ale przecież oglądało się dla samego Bama :) HIM i jego ''Join me in death'' sprawiał, że na dyskotekach wraz z koleżanką wyrywałyśmy klepki z parkietu od skakania w glanach a przy ''Gone with the skin'' marzyłyśmy o tym aby wtedy TEN JEDYNY podszedł i zaprosił do przytulańca :)

    OdpowiedzUsuń