poniedziałek, 5 stycznia 2015

Kulturalne podsumowanie roku 2014

Jak wszyscy pewnie zauważyli rok 2014 się zakończył. Definitywnie. W kulturze i Trójmieście wydarzyło się naprawdę dużo. Spróbuje krótko opisać najważniejsze momenty roku, ale ograniczę się do tego, w czym uczestniczyłam. Przed Wami subiektywny przegląd kultury w 2014 roku.

Źródło: marketwatch.com


Teatr

Zacznę nietypowo, bo od teatru, o którym nie miałam jeszcze okazji nic napisać na blogu. W tym roku w moim trójmiejskim życiu teatralnym królowała PC Drama. Kto mieszka w Trójmieście i okolicach, a nie słyszał jeszcze o PC Dramie (która odbywa się najczęściej raz na miesiąc w Klubie Żak) powinien to jak najszybciej nadrobić. Jest to świetny sposób na obcowanie z teatrem przede wszystkim dla tych, którzy nie chcą dużo wydać, a chcieliby wiele zobaczyć. Czytanie performatywne – na tym opierają się te przedstawienia, co wcale nie znaczy, że dostarczają one mniej wrażeń, niż tradycyjne spektakle. Nie będę się rozpisywać, bo PC Drama zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis, powiem tylko, że największe wrażenie w tym roku zrobiła na mnie Piaskownica. Adam Ferency bezbłędnie wcielił się w postać Protazka. Jeśli gdzieś, kiedyś wystawiana będzie Piaskownica Michała Walczaka to bardzo zachęcam do zobaczenia jej realizacji. Ale koniecznie w składzie Adam Ferency i Halina Skoczyńska, w reżyserii Igora Gorzkowskiego.

Źródło: polskidramat.pl

Wyspa Marivaux – ubiegłoroczna premiera Teatru Wybrzeże, głośna przede wszystkim ze względu na Katarzynę Figurę. Miałam okazję być na próbie generalnej tego spektaklu i niestety okazał się on dla mnie wielkim rozczarowaniem. Mimo to zapadł w pamięć. Zapamiętałam go jako jeden wielki bałagan. Nie trafił do mnie, nie zrozumiałam go nawet na podstawowym poziomie. Na szczęście usłyszałam od kilku osób, które znają się na teatrze, że spektakl ten jest zwyczajne wielkim nieporozumieniem. Można zobaczyć, ale na własną odpowiedzialność.

Jeszcze dwa spektakle, których premiery nie odbyły się w 2014, ale wciąż są grane i warte zobaczenia. Za chwilę. Cztery sposoby na życie i jeden na śmierć. w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie – historia oparta przede wszystkim na opowiadaniu. Pięć bohaterek, których losy się splatają, dzieli się z publicznością swoim życiem. Mimo oszczędnych środków wyrazu, przedstawianie naprawdę robi wrażenie. 

Sukcesem okazali się także Chłopi Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Spektakl jest dobry, chociaż nie obyło się bez dłużyzn. Były momenty, w których się nudziłam, skupienia nie ułatwiały też niewygodne fotele, w których praktycznie nie można się ruszyć (powiększenie Teatru nie wyszło na dobre…). W ostatni weekend można było obejrzeć ten spektakl na TVP1. Na pewno będzie jeszcze powtarzany, no i wciąż jest grany w teatrze. Zachęcam do oglądania.



Film

Od pewnego czasu wydarzeniem filmowym, na które czekam z niecierpliwością jest Sopot Film Festiwal. Można tam zobaczyć filmy z całego świata, zarówno nowe jaki i starsze. Może latem niewiele osób chodzi do kina, ale na Sopocki Festiwal warto pojechać, a w przerwach między filmami iść na wakacyjny spacer po plaży ;) Dla mnie dużą atrakcją są darmowe pokazy najlepszych krótkometrażówek roku (uwielbiam krótkie metraże, te najlepsze dostarczają często więcej emocji, niż niejeden film pełnometrażowy). Z mało znanych produkcji, które miałam okazję zobaczyć w Sopocie, ujął mnie filipiński film Shift. Fabuła nie była szczególnie wyszukana, ale do mnie trafiła. Może dlatego, że bohaterowie byli na podobnym etapie życia, co ja. Nie wiem, czy film będzie gdzieś jeszcze wyświetlany, polską premierę miał właśnie w Sopocie.



Na pewno wszyscy Polscy słyszeli o Bogach Łukasza Palkowskiego, filmie który z patriotycznego obowiązku zobaczyć trzeba. Jest naprawdę dobrze zrobiony, nieźle się na nim bawiłam (zaskakująco wiele zabawnych momentów), ale żeby mówić o nim jako najlepszym polskim filmie…? Bez przesady. Chociaż polskim filmem roku pewnie był.  

Z zeszłorocznych premier zagranicznych utkwiły mi w głowie dwa filmy. Oba specyficzne i nie dla każdego, oba z powolną narracją, gdzie nie fabuła jest najważniejsza, a nastrój.

Pierwszy z nich to Tylko kochankowie przeżyją Jima Jarmusha. Zakochałam się w tym filmie od pierwszych scen, w których główny bohater wyciąga swoją kolekcję gitar, a w tle słychać nastrojową muzykę (naprawdę interesująca ścieżka dźwiękowa). Specyficzny obraz, który znalazł swoich odbiorców. Nie nastawiajcie się na film o wampirach, to po prostu klimatyczna historia o przemijaniu i uczuciach.



Drugim filmem jest Boyhood. Richard Linklater realizował go przez 12 lat rejestrując w ten sposób dojrzewanie występujących w filmie aktorów. Chociażby dlatego warto go zobaczyć. Ale wiem, że nie każdy przetrwa te 3 godziny. Mnie ten film bardzo się podobał i na pewno jeszcze do niego wrócę.



Gry

W 2014 wróciłam do gier. Długo się przed tym broniłam, bo to baaaardzo czasochłonna zabawa, a jeśli chce się grać w nowości to także kosztowna… Typowym graczem nie jestem, dlatego nie będę tworzyła rozbudowanego podsumowania. Trafiłam niedawno na gierkę Octodad: Dadliest Catch. To zręcznościówka z fabułą, w której wcielamy się w ośmiornicę  ojca ludzkiej rodziny. Nie możemy ujawnić nikomu, że nie jesteśmy człowiekiem. Brzmi straszne głupio, ale jest dość zabawne i wbrew pozorom trudne. Spróbujcie tylko normalnie chodzić, mając macki zamiast nóg. Frustracja gwarantowana. Powiem jeszcze tylko, że w ostatnich dniach udało mi się zagrać w The Walking: Dead Season Two (dzięki Steam za świąteczne promocje!). Relacja z rozgrywki w najbliższych dniach.

Źródło: gamespot.com
  
Książki

Wstyd przyznać, że jestem baaaaardzo do tyłu z nowościami literackim. Przeczytałam w tym roku całkiem sporo, ale niestety prawie same starsze rzeczy. W kolejce czekają nowe powieści Stephena Kinga, Głosy Panamo Jaume Cabre i kilka innych tytułów, na które nie znalazłam jeszcze czasu. Jedyną książkową premierą, która trafiła w moją ręce był Londyn NW  Zadie Smith. Książka jest dosyć trudna w odbiorze, ale interesująca. Nie zupełnie mnie przekonała, ale z drugiej strony nie jest to pozycja do „podobania się”. Łączy się jednak z pewnym wydarzeniem, dzięki któremu będę ją dobrze wspominać…

Źródło: instytutksiazki.pl

Muzyka

Koncert Aerosmith w Atlas Arenie. To właśnie w drodze do Łodzi czytałam Londyn NW. Wtedy też dowiedziałam się, że zdałam wszystkie egzaminy na studiach, co tylko poprawiło mój i tak dobry nastrój. Mimo tego, że podróż, koncert i dzień w Łodzi spędziłam sama, był to jeden z lepszych dni w roku. I jeden z lepszych koncertów. Moją ekscytację wzmacniał jeszcze fakt, że pojechałam tam nie mając biletu i do ostatniej chwili czekałam na chłopaka, z którym umówiłam się dzień wcześniej, że mi go sprzeda. Naprawdę mam wiele dobrych i zabawnych wspomnień z Łodzi…

Co do samego koncertu – to była czysta energia. Żałowałam trochę, że nie udało mi się zobaczyć też Black Sabbath, ale wszystkiego mieć nie można. Chociaż nie jestem wielką fanką Aerosmith, to na koncercie bawiłam się naprawdę świetnie. Przy każdej kolejnej piosence myślałam, że to najlepszy moment występu. Do dziś nie mogę wybrać jednego ulubionego, nie wiem czy widziałam koncert zagrany na tak równym poziomie. Muzycy nie odpuszczali ani na sekundę, a przecież swoje lata już mają. Tylko podziwiać. Początek, kiedy z głośników leciało Fat Bottomed Girls, wszyscy śpiewali i przez chwilę łudziłam się, że na scenie pojawi się Queen... Ten koncert był jednym wielkim wspaniałym momentem.

Źródło: muzyka.interia.pl
Później był Open'er. Najczęściej wybieram jeden najciekawszy dla mnie dzień, jeżdżę tam od 6 lat i jest to dla mnie obowiązkowe otwarcie wakacji (trochę się obawiam, że w tym roku może być kiepsko, niestety nowe festiwale, zwłaszcza Orange Warsaw Festiwal, zabierają wielu potencjalnych artystów). Tym razem poszłam 3 lipca, przede wszystkim ze względu na koncert Pearl Jam. Cudowna, nastrojowa podróż sentymentalna – tym właśnie był dla mnie ten koncert. Na długo zostanie w serduszku. The Afgan Whigs – zaskakujący, naprawdę świetny występ z ogromną dawką energii. Szkoda, że większość osób wybrała MGMT, którzy chociaż mają kilka ciekawych kawałków, nie są szczególnie interesujący na żywo. Moim ulubieńcem koncertowym polskiej sceny muzycznej jest zespół Pustki. Dziwi mnie, że grają tyle lat, a ciągle mają niewielkie grono słuchaczy. Zasługują na wiele wiele więcej, bo tego co oni, nie robi żaden inny zespół. Byłam na ich koncertach kilka razy i każdy kolejny robi na mnie jeszcze większe wrażenie. Polecam bardzo.

Źródło: rockville.pl

Po rozpoczęciu lata w Gdyni, przyszedł czas na Gdańsk Dźwiga Muzę. Początkowe edycje nastawione przede wszystkim na tancerzy i warsztaty taneczne, obecnie ukazujące także niezły przekrój polskiej sceny muzycznej. Nie będę się rozpisywać – koncerty zespołów Hey, Luxtorpeda, ponownie Pustki, ale także Hunter i nawet Kaliber 44 bardzo mi się podobały. Nie do końca rozumiem fenomen grupy Łąki Łan, ale wiele osób (co bardzo wyraźnie było widać na koncercie) rozumie, a nawet darzy ten zespół głębszym uczuciem. Ja akurat nie. Trochę przypadkowo trafiłam też na koncert duetu Sokół i Marysia Starosta, na którym strasznie się wynudziłam. Cóż, nie wszystko jest dla każdego.

Z mniejszych, ale równie ważnych dla mnie koncertów wymienię jeszcze Domowe Melodie w Parlamencie (jak tylko osłucham się z ich nowymi płytami pojawi się wpis). Ciekawym doświadczeniem był dla mnie także koncert bardzo interesującej niemieckiej grupy The Somnambulist, o którym krótko pisałam TU.

Byłam też na Woodstocku, jednak wyjazd okazał się wyjątkowo mało muzyczny, dlatego go przemilczę. Oby w tym roku było inaczej.

Rok 2014 przyniósł też wiele nowości płytowych, dla mnie wyjątkowo był to rok polskich wydawnictw. Pojawiło się tego tyle, że na pewno nie uda mi się wymienić wszystkiego.

Solowy debiut Artura Rojka Składam się z ciągłych powtórzeń. Płyta była naprawdę wszędzie i chociaż często jest tak, że wokalista zupełnie nie radzi sobie po odejściu z zespołu. Rojek jednak zaprzeczył tej tendencji i album stał się bardzo popularny. Faktyczne po jego kupieniu słuchałam go często, ale w pewnym momencie mi się przejadł. Zwłaszcza, że single długo nie opuszczały trójkowej Listy Przebojów. Myślę, że płyta nie przetrwa próby czasu i nie przejdzie do historii polskiej muzyki. Chyba, że Rojek nie wyda już nic innego.



Wciąż niedocenione Pustki i Safari. Sympatyczne melodie z oryginalnymi tekstami plus abstrakcyjne poczucie humoru, które uwielbiam. Płyta jednak dopiero na koncertach w pełni rozkwita i staje się jeszcze lepszą wersją siebie. Czekam na więcej.



Karma market Much. Od premiery płyty zabieram się za opisanie płyty, nie wiem dlaczego do tej pory mi nie wyszło. Takich Much jeszcze nie było. Idą w kierunku najlepszym z możliwych, a więcej napiszę niedługo.

Mela Koteluk Migracje. Twórczość Meli jest niewymuszona, wokalistka nikomu nie próbuje się przypodobać, a mimo to odnosi sukcesy. Migracje są godnym następcą płyty Spadochron.



A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki Luxtorpedy. Kolejna świetna płyta w dorobku zespołu. Fajnie, że grupa oprócz dobrego, oryginalnego brzmienia (nie bez powodu do każdej płycie dostajemy bonus w postaci utworów w wersji instrumentalnej) dba o teksy. 
Piosenki Luxtorpedy mają przesłanie, warto to docenić.

Mój osobisty faworyt czyli Sentiments Julii Marcell. Nie dodam nic więcej, wpis o płycie znajdziecie TU.

Poza wyżej wymienionymi na pewno warto sięgnąć jeszcze po płyty: Organka Głupi, Mamut Fisz Emade Tworzywo, Ruby Dress Skinny Dog Curly Heads, BWB Experience Natalii Sikory, 25 Cents For a Riff Acid Drinkers, Rzeźba dnia Renaty Przemyk, czy DaDaDam grupy Perfect z piosenką Wszystko ma swój czas, która porusza mnie za każdym razem tak samo mocno.   



Zagraniczną płytą roku jest dla mnie The Endless River Pink Floyd. Fanom zespołu nie muszę tłumaczyć, inni mogą tego nie zrozumieć. Płyta prawie w całości instrumentalna (z jednym wyjątkiem), w wielu momentach nawiązująca do starych albumów grupy. Piękna, poruszająca muzyka, doskonale ilustrująca i podsumowująca dorobek zespołu.



Jack White i Lazaretto. Mam problem Whitem, bo z jednej strony uważam, że jest to jeden z najbardziej uzdolnionych współczesnych muzyków, posiada ogromną charyzmę i jest prawdziwym pasjonatem, widać, że naprawdę kocha to, co robi. Z drugiej strony jego piosenki są specyficzne. Trudno coś zarzucić coś jego płytom, ale jest coś nieuchwytnego czego im brakuje. Chyba najbardziej cenię go za twórczość zespołu The Dead Weather. Jego solowe dokonania też do mnie trafiają, chociaż nie są to płyty, po które sięgam na co dzień.

Hydra Within Temptation. Chociaż nie słucham już tego zespołu tak często jak kilka lat temu, cały czas doceniam. Rozwijają się i nie unikają eksperymentów – najnowsza płyta wyraźnie różni się od pozostałych. Dla mnie jednak najbardziej poruszające są ich albumy koncertowe, swoją przygodę z Within Temptation zaczęłam właśnie od obejrzenia koncertu Black Symphony naprawdę niezwykłe widowisko.

Mighty Oaks Howl. Na zespół i płytę trafiłam przypadkiem. Przeczytałam wywiad z muzykami, spodobał mi się, zapamiętałam go, a po kilku miesiącach trafiłam na płytę, która akurat była za 10 zł. Kupiłam w ciemno i nie żałuję. To zestaw spokojnych, klimatycznych utworów, może nie są oryginalne, ale bardzo przyjemnie się ich słucha. Spędziłam z tą płytą wiele wieczorów.



Co jeszcze? Rock or Bust AC/DC, Sonic Highways Foo Fighters, Lullaby and… The Ceaseless Roar Roberta Planta, owiane mini skandalem z darmowym udostępnieniem płyty Songs of Innocence U2… W muzyce działo się naprawdę dużo i jestem pewna, że o czymś zapomniałam.    

Wpis rozrósł się do gigantycznych rozmiarów, a myślę, że i tak nie oddałam w pełni minionego roku. Dziękuję wszystkim, którzy przebrnęli przez całość, mam nadzieję, że znaleźliście dla siebie coś interesującego. Może macie jakieś swoje typy zeszłoroczne? Życzę wszystkim pełnego kultury roku 2015 i udanego także we wszystkich pozostałych dziedzinach :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz